— Niby co? Boli głowa? Opatrzą.

Przyklęknął nad nią, by obejrzeć głowę ranną. Lecz gdy w twarz jej spojrzał, mimo surowości w oczach, błysło w nich coś przelotnego, jak to zawsze u mężczyzn, gdy który z nich znienacka na nią spojrzy. Już nie chylił jej głowy ku sobie, lecz sam się nad nią zginał; kapelusz zdejmował powoli i ostrożnie, aby jak najmniej bólu przyczynić. Patrzał uważnie, włosy rozgarniał — dotknął raz i drugi: syknęła z bólu. A on rozchmurzył się nagle, odjął ręce zakrwawione przy tej robocie i, powstając z kolan, chował je w kieszenie — z delikatności dla niej: by nie płoszyć.

— Że aksamit — mówił — to dobrze. I te szpilki. A potem włosów tyle. Na tym się i oślizgło. Ledwo co skubnął. Tylko wstrząchnął nieco głowę, stąd dygotka i gorączka. I opada stąd głowa podbródkiem... Dobrze, że się nie zasłaniało rękami, jak to młode kobiety najczęściej, wnetkie w ruchu. Mogłyby już ręce leżeć tam — w rynsztoku.

— Ach? — zdumiała się jakoś spokojnie, raczej ciekawością. — Takie wszystko jest strasznie dziwne!

A on tymczasem popatrzał chwilkę uważnie, odwiódł oczy i zamruczał pod nosem: „Matko Boska pomocy nieustającej, miłosierdzie Twoje!...” I potem dopiero odpowiedział jej surowo.

— Nic dziwnego nie jest.

— Tańczyłam całą noc — skoczyła jej dziwacznie myśl gorączkowa.

Jemu przerzucił się wraz blady i zacięty wyraz twarzy w roztargnienie przelotne.

— I to mi nie dziwno wcale! — parsknął krótkim śmiechem.

Popatrzał raz jeszcze na odchodnym. Czuć było, że stara się mówić najłagodniej, jak tylko potrafi.