— Niech się panienka nie boi nic. Przyjadą dochtory, opatrzą. A jeśli tam potem gdzie zabiorą, to dla sprawdzenia tylko. Bo to w tłoku przecie: z ciekawości mogło być, a nie z winy.

— Kto pan?

— Jur. I tyle... Nazwisko zgubiłem z paśportem — zaśmiał się zębami.

— Niech pan ucieka! — rzuciła mu wraz z domyślnością bystrą.

— Hę, już tam zagrodzone wszędy: ostępem.

Błysło jej w oczach przypomnienie nagłe: teraz dopiero spojrzała nań uważniej, z trudem podnosząc głowę.

— To pan był?!...

Wmiast odpowiedzi począł się rozglądać naokół.

— Muszę ja cosić z kieszeni podrzucić na ulicę... Ot, temu niemrawcowi, co go z płota zdjęli, wsadzę. Papachę ma na łbie — o!... Na wojnę szedł. Takiemu będzie i do twarzy leżeć z tym oto w łapie. Z ciepłym jeszcze. Chocia sam już zimny.

Odszedł. Widziała tylko cholewy butów: tak nisko zwisała jej głowa.