Mącił im rozmowę starowina suchy, stróżujący opodal lichemu domostwu robotniczej biedy.
— Z mikołajewskich ja! — bąkał raz po raz. — Dwadzieściam lat z okładem służył.
Skoro już stary gadać się napiera, pytali o „sewastopolską”: niech powie, co wie.
Staruszek drapał się w głowę, szperał w niej, wreszcie wygrzebał coś z pamięci:
— Bywało, że z onych ich brzuchów, cośmy ich nadźgali, tak kapustą śmierdziało, że hu!... No, mówię.
Zadumał się, rozkiwał głową, wreszcie podniósł ku nim swe królicze oczy:
— A z nas co śmierdzieć miało? Razowiec? Kasza?... Gdzie my co innego kiedy widzieli!
Tyle tylko pozostało na starość we łbie wojownika. Ruszały się tylko w zadumie wole jego szczęki, które nie dość się napracowały w życiu nad jadłem i nie mogą tego światu darować nad grobem.
— Medal mam! — poprawił się przecie. — Niedzielą, do kościoła to go se i zawieszam.
Urągnęli ludzie nad nim.