— Tobie by kiełbasę w zęby na niedzielę dawać.
— I zsobaczyć tak! — mruknął ten, co na wojnę dziś szedł.
Zapędzili go w złości samego do tej roboty, która tu na nich wszystkich czekała. Wziął miotłę, piachu kosz i ruszył obojętnie sprawować swoje. A oni zagadali między sobą.
— A pani co uważa?! — rozległ się niebawem za nimi głos tegoż staruszka, lecz tym razem surowy, stróżowski: na urzędzie. — Tu nie wolno wcale! Ja mam prawo areśto... Co ona będzie za taka? — wracał do swej gromady, wskazując im jakąś pomykającą się przy parkanie białą postać kobiecą. — I skąd ona tu się wzięła? Toć bramy zamknięte z przykazu, a ulica puściutka. Skąd ona? Spod ziemi wylazła?...
Zamilkli i patrzeli uważnie na tę kobietę sunącą pod parkanem: drobna była z siebie i szeroko przysłonięta jasną rotundą z białym futrzanym kołnierzem; jakiś strojny błękitny czepiec osunął się z włosów płowych.
— Co ona będzie za taka?... Jakby z tancbudy szła.
— Wszelaki dziwny naród na taką okazję diabeł z całego miasta sprasza.
— Te, pani! co pani tam uważa?...
Ruszyli ku niej krokiem prędkim.
— Mnie by tam do niej... — dreptał za nimi staruszek, wlokąc za sobą wielką miotłę — mnie tam do niej nieskoro było. Lepiej z daleka postraszyć. Powiem wam: tu nad kałużą stała bialuśka, jakby się przezirała w czerwonym.