— Hm, pokazuje się, że nawet i czas, sam Chronos we własnej osobie, uciekł od nas do Paryża, gdzie skacze po trampolinie ziemi francuskiej. W zastępstwie jego nawiedziła nas Sybilla Kaługi, Kostromy, Tweru72 oraz innych grodów sympatycznych: nuda bizantyjska, matuszka udręki i okrucieństwa.
— No dobrze — przerwał znów inny — czemu ten pan w takim razie sam nawet siedzieć nie zadaje sobie trudu, tylko leży zawsze na krześle.
— Bo niegdyś brał zanadto żywy udział w „ruchu”. Zesłali go przeto między swoje „bohatery najmłodsze”, które, jak wiadomo, w oczekiwaniu „czynu” leżą na zapiecku. Tam też odzwyczaił się od siedzenia i spoziera na świat, jakeś pan słyszał: no, nie à vol d’oiseau73. Zresztą, jakeś pan również słyszał, stracił wiarę w samowar i doktrynę: pozbył się kręgosłupa.
Ale w kompanii znalazł się ktoś potrafiący coś więcej opowiedzieć o ponurym niedźwiedziu, który ich opuścił przed chwilą.
— Wczoraj właśnie — jął opowiadać — spotkałem go na ulicy, jak się tak błąkał niby „po dnach wyschłych kanałów”. Żal mi się zrobiło tego luzaka, zaciągnąłem go do knajpy. I dacie, panowie, wiarę, ten siwizną przyprószony człowiek wchodził do pospolitej restauracji jak smarkacz do dziewek: tak się rumienił, tak opinał w marynarkę. Wreszcie przyznał mi się na ucho, że on „do knajpy, to nigdy!”. A w głosie miał przy tym drżączkę, wzruszenie grzechu najwyraźniej. Po kilku kieliszkach był już gotów. Sam, powiada, „jedyneńki” w miłej ojczyźnie jestem, psa koło mnie nie ma. I tak w nim to zwierzę towarzyskie zaskomli, że wbrew wszystkim swoim instynktom stara się być nawet frywolny — niby, że mnie przypuszczalnie tym dogodzi. Oto wchodzi ktoś z dziewczyną niebrzydką, mój kompan nietrzeźwy mruga na mnie i czyni gest aprobujący jej urodę. A jest przy tym taki figlarny, taki zuch, że dość spojrzeć na tę szpakowatą głowę, aby odgadnąć, że nią nigdy nie rządziły kobiety. A ta brawura sprzed chwili podnieca go najprzód swawolnie, za chwilę roztkliwia wspomnieniem. Niebawem zwierza mi się po pijanemu:
„Kochałem ja się, bracie, w panience. I jak to w każdej ciasnej kompanii, w każdym bractwie smarkaczy, gdzie jeden drugiemu łapę by w serce wsadził: obstąpili mnie jak to kukułczę. I tyle było mego w życiu! Później nie zdarzyło się kochać w panience. Za twarde na to życie nasze”.
Z cierpką żałośliwością dolewam mu tego wina. „Stare dziecko” — myślę. I aby coś powiedzieć, pytam: „No i cóż się potem stało z panienką?”.
Spojrzał na mnie tymi zmatowanymi oczami, potem gdzieś ponad moją głową błąkać się nimi począł, a twarz wykrzywia mu się w jakiś uśmiech kosy, chytro-melancholijny, niby współczucia pełen, a nękiem i udręką samego siebie, rzekłbyś, prawie ubłożony74: wstrętny uśmiech! Maskę jakąś obcą człowiek na twarz włożył. I zamruczał wreszcie w brodę, jakby sobie tylko:
„Ofelio, idź do burdelu, powiedział Hamlet słowiański”.
Zmroził mnie ten człowiek. Już teraz nic nie wiedziałem, co on za jeden. Obcy on! — to tylko czułem. Niebawem władowałem go do dorożki. Kiwał się, drzemał. „Patrz — mówił po chwili, rozglądając się naokół — wszystko mi było takie uśmiechnięte, rade, skoczne w życiu: panienką miasto mi było moje, kochaniem świat cały, gdy własna krew w żyłach krążyła, gdy mnie z ławy szkolnej...”