Uwiesił mi się na szyi. „Wylej mi, bracie, ten ołów roztopiony z żył! Spala mózg ten ich ogień ciężki, spala nienawiścią do życia!”

I znowu dumał długo. Wreszcie wali się przodem na dorożkarza: „Masz trzy ruble — śpiewaj. Smutno zaśpiewaj!” Uważają panowie, żeby mu zaśpiewał... do-roż-karz. Słowo daję!

— Fiaker75?! — pisnął młodzieniec z dwubarwną wstążeczką na kamizelce pod frakiem. I zatrząsł się śmiechem. — Fiaker?! Nie! — Podkreślając jakby fizjologiczną gamę rozkoszy, jaką daje śmiech, śmiał się szeroko, rozpasanie, trochę dla siebie, o wiele więcej dla innych: zapraszająco dla wesołych, arogancko i bezczelnie dla tych, co śmiać się nie chcą; śmiał się gemütlich76. Trząsł brzuchem, ślinił się, słaniał głową i szukał dla swej pulchnej rączki oparcia o kufel: ale kufla nie było.

— Ho-ho! Fiakry śpiewające! — I krotochwilna wyobraźnia knajpianego w Niemczech bywalca, na pismach humorystycznych wypasiona, klownicznie niewybredna, przedstawiła mu asfaltową ulicę wśród pałaców, rojną od pojazdów, a na ich kozłach fiakrów rozwalonych w ceratowych cylindrach na tyle głowy, z lewą ręką wraz z lejcami na piersi wezbranej, z biczyskiem w gestach patetycznych.

— Fiakry śpiewające!... O tempora, o mores77!...

I na ten własny koncept burszowski78 ryknął z gardła, piersi i brzucha zdrowiem i weselem karmnego ciała.

Lecz oto przez uchylone drzwi wpadły do palarni odgłosy wszczętego tańca — panowie rzucili się do wyjścia.

Przy poniechanym bilardzie zabawiał się ksiądz potrącaniem kul nieudolnym. Zaszedł go tak pułkownik i, jakby zmieszany za niego tą nieprzystojną dla osoby duchownej rozrywką, chciał go wyminąć niepostrzeżenie. Lecz ksiądz wyciągnął do niego dwornie rękę, ścisnął ją z lekka i powrócił do swej obojętnej rozrywki.

— Ksiądz gra? — odpłacał się pułkownik tymże uprzejmie niedbałym tonem.

— Gdzie tam! — roześmiano się w odpowiedzi, odrzucając kij na sukno.