— Pudlem już zrobili — mówił do siebie, szamocząc się z rękawami — opalaczył sia104!... A tamto? — chadatajstwo, cerkwią handlowanie, Niemców sobą nakrywanie? — nu, i spriwisliniał105!... Chwała ci, Boże — mruczał dalej, zapinając impetycznie szynel — jest w czym duszę przewietrzyć z marazmu. Przewietrzysz — zanucił prawie, oglądając się niecierpliwie za czapką — w drugim końcu świata, w ogniu oczyścisz. I zostawisz ją tam pono106 — kończył, wstrzepując czapką energicznie.

W szynel opięty, bardziej jakby w sobie zebrany, zmężniały i w dwójnasób, zda się, wyższy, zatrzymał się tak w nagłej zadumie, w dno swej czapki zapatrzony: stał jak w cerkwi przez długą chwilę. Wreszcie otrząsnął się i podrzucił głowę.

O skrzydła wrót wyjściowych wsparta, stała — na tym tle szerokim ogromnie smukła — pani domu, zagradzając mu drogę na progu. Przez służbę widocznie powiadomiona, zjawiła się w porę.

Pułkownik zmieszał się.

— Uprzejmie — mówił i giął się w grzecznych ukłonach — przepraszam — bąkał — że tak „nieelegancko”, bez pożegnania...

Na długiej twarzy pani migotało przed chwilą jakieś nieuchwytne ożywienie: coś jakby rumieńce na policzkach, jakby ruchliwość milcząca na tych wargach opieszałych i ciężkich. Lecz wobec zachowania się pułkownika cień nagły zdmuchnął te promienie z oblicza. Spoglądała na niego przez rzęsy zniecierpliwieniem cierpkim. I tą wyniosłością światowej kobiety stropiła go zupełnie. Zrozumiał, że „ta ich grzeczność” jest nieco inna; że on w jej złośliwą karykaturę kładzie przede wszystkim swój własny temperament, gdy rzecz jest zasadniczo zimna. I że służy właśnie jako chłodu zasłona, w chwilach gdy...

„Kobietą jest przecie? — przemknęło mu w tej chwili w myślach — a we krwi ma wszak długie szeregi takich, co wychodzili w pole — aby nie wracać. W innych szli oni warunkach i z inną wolą; a jednak tamtej krwi instynkt może przebił się u niej echem przeszłości przez cały ten szlam mieszczańskiego trybu. Przebił błędnie: ku twojej obcości — myślał o sobie — i twojej sprawie obcej. Chociażeś ty u nich «chadatajem» był i parawanem w potrzebie, choć ci tylko obłudne grzeczności świadczono z wyrachowania, jednak w tej chwili może ostatniej... To słowo «wojna» działa potężnie na wyobraźnie kobiece... U nas krzyżem, ikoną błogosławią... Z pustymi tu rękami wyszła i z pustym pono sercem, a jednak... W złych obcościach między nami rzecz najlepsza, na jaką stać było, poczęła się w nieświadomości kobiecego instynktu i ugrzęzła w milczeniu dumy”.

— Mam do pana... już tylko prośbę — zaczęła spokojnie. — Dziad mój, który „myślą ani sercem być z wami nie może” (powtarzam jego słowa) — rad by panu rękę uścisnąć, mówiąc (powtarzam po raz drugi jego słowa) — iż „rzecz wojenna to znów całkiem coś innego”. Otóż kwoli tej rzeczy całkiem innej...

Pani mówiła trochę bezładnie i w niezwykłym dla niej tonie niepewności siebie. Widać było, że to polecenie jest jej w tej chwili bardzo nie na rękę.

— Więc może pan łaskawie za złe nie weźmie, ze względu na dziadka wiek, że ośmiela się go prosić i fatygować do siebie.