— Helena Pawłówna, nie obrażajcież wy mnie! — wyrwało się nagle pułkownikowi jakby z głębi piersi.

Długa twarz pani wyciągnęła się jeszcze bardziej, a brwi wielkie napięły się ku górze jak łuki.

— Czymże ja to pana obrażam?

— Pani baronowa doprawdy!... A to: „łaskawie” — a to „wybaczyć” — a to „fatygować”... Toż to sędziwiec jest — drachlec107! Starczy jedno słowo wasze!

I zerwawszy z siebie szynel, cisnął go kłębem gdzieś na krzesło.

— Gdzież on? — pytał wzburzony.

— Tam, panie — odpowiadała chłodno — w dziecinnym pokoju.

— To-to: w dziecinnym pokoju! — powtórzył smętnie w brodę.

Szablą na pasie już opuszczoną rumor wielki po salonie czyniąc, przepychał się przez tłum strojny ku drzwiom dalekim.

Pani pozostała na miejscu u drzwi w niemiłym uczuciu jakowejś niezręczności towarzyskiej, poniechania czegoś, co już z pamięci w tej chwili się wymknęło, czy też zgoła niewiedzy, po co tu właściwie wyszła: wystarczyło posłać któregoś z panów z tą prośbą dziadka. Wrażenie tak błahe, a nurtujące osmętnieniem dziwnym: oto zapatrzyła się w splecione dłonie opuszczonych ramion i zapamiętuje się w tym ruchu; stoi jak w kościele przez długą chwilę, jakby ją ktoś z tyłu nagle kirem zarzucił i głowę jeszcze niżej zwiesić kazał.