„Żal!” — mruknął raz jeszcze i zwiesił głowę.
„Chodźcie wy z nami na tę wojnę, panie Komierowski!” — powtórzyło mu się w tej chwili jakoś samo, bez woli, w chwilowym znużeniu myśli. „A ten drugi? — przypominał znów bezładnie Bolesława Zarembę i odymał wargi — on ich dzisiejszy, moderny!... Gdzie te...” — zmąciły się siwe oczy pułkownika jak snem: mgłą wspomnień zasłonięte zdały się patrzeć gdzieś błędnie przed siebie. „Gdzie te dwory dzisiaj! Gdzie te lasy!...”
Żachnął się i otrząsał z siebie to rozmarzenie półsenne.
„Komu wróżył, a sam w cudze dusze zalazł z ciekawości za «człowiekiem»! A co w nich jeszcze z tych dawnych dobrych instynktów: z tej żyznieradosti lekkomyślnej, z tej ochoty czortowskiej — (pułkownik strzelał nerwowo z palców) — wszystko to... Aj, aj, panie Michale!... wszystko to dzisiaj...” — (pułkownik wciąż strzelał z palców).
Gdy rozległo się nagle mocne, a dwukrotne targnięcie dzwonka — i wnet potem władne130 zakołatanie do drzwi.
„Aha! — pułkownik schwycił pod powiekę zrozumienie rzeczy: — Tak i było do przewidzenia, że tamto zajście na ulicy sprowadzi tu rychło i tych gości”.
Jak człowiek mający każdej chwili zawsze wszystko na oku i niepotrzebujący rozglądać się w chwili nagłej, schylił się zupełnie spokojnie, z nonszalancją i podjąwszy z ziemi zakrwawiony kapelusz Komierowskiego rzucił go za uchylone drzwi. Po czym wyjął chustkę, poślinił i wysoko na odrzwiach ścierał drobny ślad krwi, jaki tam pozostawiła wsparta dłoń Komierowskiego.
Do przedpokoju wpadł starszy z tutejszej służby, ów brodaty „człowiek zaufania” pana domu. Tuż za nim zjawił się i wzburzony baron.
— Na litość boską, pułkowniku! — żandarmi.
— No, na tym ja się już sam rozumiem. To nie kombinacja finansowa.