A ujrzawszy, jak rybie wargi gospodarza dygocą, roztwierając się dziwnie miękko w jamie baków dyplomatycznych, rozbłysnął jakąś radosną nagle ciekawością na twarzy całej: „Szczupak! szczupak!” — omal że nie ucieszył się głośno. „Ot i jenerał sam! — dodawał wnet w myślach — ot i głównokomandujuszczy ichniej tu dziś egzystencji: tej omiękłości i zniedołężnienia życia, tego królowania kobiet i całej tej mierzawszczyzny!”

Zapatrzony z dziwną nagle pasją w jego nos biały i tłusty, w te baki sztywne jak z blachy, omal że nie parsknął mu w twarz:

„Burżuj!”

Kołatano tymczasem do drzwi coraz to gwałtowniej.

— Ci panowie drzwi rozwalą — bąknął baron i postąpił krok, aby samemu je uchylić.

— To-to! Panowie żandarmy i barońskie drzwi wyważyć gotowi, gdy trzeba. Aj, aj, panie baronie! — pogroził mu psotnie palcem.

By wnet potem wypchnąć go na pokoje, na znak, że woli sam tu czoło stawić i sprawę łagodzić. Po czym sięgnął flegmatycznie po szynel, rzucony poprzednio kłębem na krzesło.

I wówczas dopiero zwrócił się do barońskiego „człowieka zaufania”, stojącego sztywno z zakrzepłą twarzą i brodą.

— Otwórz.

Nina tymczasem, wciśnięta w róg kanapy i obojętna na Wandy tkliwość i rąk uściski, spoglądała przed się w upartym bezruchu i ogłuszeniu zupełnym na wszystko, co się wokół dzieje. Patrząc przed się, nie widziała nic zgoła, szepczącej Wandy nie słyszała wcale; zadumana, miała w sobie nirwaniczną obojętność na wszystko: gdyby ją płomienie pożaru ogarnęły w tej chwili, dałaby się ich uściskom bez drgnienia.