Lecz ta omroczona zasłona wyobraźni sprzed oczu opadła rychło; okazało się, że wcale nie jest taki olbrzymi, wcale nie ma takiej graniastej znów głowy i, choć przypatruje się bacznie, ma raczej zdziwienie, jeśli nie w zgasłych oczach, to w wyrazie twarzy.
— Dlaczego mnie się tak przestraszyła? — pyta łagodnie. — Czy ja tak zdziczał, że stał się strachem na dziewczęta? No, nie na to mówię! — odmachnął się łapą od jej zmieszania. — Prosto powiedziawszy, przypomnieliście mi kogoś sprzed lat dawnych — bardzo już dawnych!... I jaka podobna!... Więc dlatego zatrzymałem się zdziwiony. Mnie by krzyknąć, a nie wam.
Przetarł łapą twarz i wyciągnął do niej kułak otwarty.
— No i nie ma o czym — urywał sobie widocznie w myślach wspomnienia te dawne.
Przysiadł na kanapie, spoczął tak, że aż sprężyny zadzwoniły pod nim. I jął się rozglądać po obecnych.
Po chwili trzepnął się dłonią po kolanie.
— Toż oni was z gromady ludzkiej, jak magnes stalowe opiłki — samym zbliżeniem się — wszystkich tu powyciągali. A śmiać się nie ma czego! — fuknął na nich twardo.
Sapał ciężkim oddechem w brodę i niezadowolony mruczał w nią coś do siebie.
Wszyscy witali się tu niedbale, raczej uśmiechami tylko; dziwili się wciąż temu, jak to, nie zmawiając się, zeszli się tu wszyscy razem, wreszcie zagadali poważnie o tym, jak wielkim złudzeniem były nadzieje, jakoby z tych sfer dało się „coś wyciągnąć”. „Czym dla nich chwila dziejowa!...” Hrabia zrozumiawszy z trudem wielkim, o co zgłaszają się do jego fortuny, stał się jadowicie złośliwy. Nabab z Ukrainy bał się wprost rozmawiać i opuścił co prędzej zebranie, w którym roją się takie tajemnicze szatany. Szlachcic z Litwy, Wojciech Stanisławowicz, zbladł jak chusta i wytrzeszczał oczy; po chwili wpadł w apoplektyczną furię i miotając się ciałem wielkim, wrzeszczał na całe gardło:
— Znowuż nas zgubić chcecie! — Baron na koniec, okupujący się każdej opinii, dał odczepnego. A zresztą nie warto było wprost mówić. Można „splunąć na nich” i wracać do domu.