— Dramat jest łatanym kostiumem w rekwizytorni! — parsknął Borowski. — Wtedy coś wart, gdy się dobry aktor w niego ubierze. U nas, bywało, w teatrze, na dramatach smażyliśmy sobie befsztyki!

Wszczął się więc spór o pierwszeństwo poezji, dramatu czy powieści. Wśród wrzawy, krzyku i brzęku kieliszków obrzucano się modnymi nazwiskami, cytatami i naprędce kle­conymi aforyzmami, niby garściami confetti. Pan von Her­tenstein, leżąc niemal na kanapie, pieścił w dłoniach swe ko­lano i raczej patrzał niż słuchał; bawiły go, zda się, bardziej gesty i okrzyki niźli treść zdań, i nie mniej od tych, co się sprzeczali, ci, co milczeć potrafili.


Ale dziennikarz Jelsky krzywił się czegoś i grymasił nad winem. Dla niego były to zbyt ograne melodie. „Albo pić lepsze wino — myślał — albo dowiedzieć się czegoś no­wego! — Jest tu trzech Polaków, niechby o swoich tam śmie­ciach coś powiedzieli. Da się może zrobić artykuł”.

— Mój Borowski — zaczął tedy wytrawnie, z daleka — u was podobno nie ma kawiarni?

— Nie ma.

— Bój się Boga!

— Czy to źle?

— I ty pytasz? — Tam, gdzie nie ma kawiarni, wszystko, co twórcze, a samotne być nie potrafi, wkurczy się, wgrzęźnie, da się wnękać w obmierzłe idealiki mieszczaństwa... No, a tyngle62 macie?

— Jest jeden.