— O panu słyszałem — mówił pan von Hertenstein. — Zmanierowano mi chłopca — nawiązywał natychmiast roz­mowę, wskazując bez ceremonii na czerstwego młodzieńca. — Ale przedstawiam panu obiecującego autora konfiskowanych za pornografię nowel. W konkursie „coups de grace60” pobiłby go może Prevost, natomiast w rekordzie „coups de force61” znuży najbardziej łakomego czytelnika... Spojrzyj no pan pro­szę na te tryskające zdrowiem policzki.

Śmiech chóralny nie dał młodzieńcowi dojść do słowa.

— Mój kochany — perswadował mu spokojnie Her­tenstein — nie rób ty z siebie literatury: nie każ nam wie­rzyć, że twoja literatura ma cośkolwiek wspólnego z twym życiem. Gdy staniesz się naprawdę cyniczny, będziesz pi­sywał rzeczy sentymentalne i poczniesz rozdzierać szaty nad zepsuciem — w sztuce... My wiemy, co to jest literatura mło­dych ludzi.

— To jest siiła! — krzyknął malarz i wyskoczył z krze­sła jak z procy, aby pobiec do Hertensteina.

— Literatura młodych jest jak młode wino — rzekł, a raczej ziewnął Jelsky.

— Cały smaczek w pierwszej fermentacji.

— Literatura jest jak kokota — bąkał niewyraźnie Mül­ler, żując w zębach papierosa. — Kiedy jest przezorna i dalekowidząca, nosi się skromnie, dba o opinię i stara się o ci­che względy starszych panów. Gdy jest młoda i płocha, lubi nadto modne stroje, nosi zbyt wielkie dekolty, naraża się opinii; czym zyskuje entuzjastyczne sympatie młodych ludzi.

Jelsky załamał ręce.

— Zlitujże się, Müller ty niedługo cały świat pojęć osolisz sobie erotyzmem.

— Literatura neo-romantyczna — odezwał się autor dra­matyczny i uniósł się na krześle, aby go dobrze widziano — literatura neo-romantyczna, zerwawszy wszystkie związki z ży­ciem, stała się alembikiem na książkach i dziennikach; poezja — tego alembiku destylatem. Dramat jedynie pozostał prawym dzieckiem życia.