— Pawluk maluje oczywiście językiem! Nie męcz ty ludzi i zwilż lepiej język, bo farbie twej zabraknie wnet blasku.

Mówił ktoś, kogo Borowskiemu przedstawiono jako pana von Hertensteina. Siedział na kanapie niedbale, w pozycji pół leżącej, białymi dłońmi unosił kolano i z wyrozumiałą cier­pliwością na twarzy słuchał opowiadań jakiegoś czerstwego młodzieńca o tłustych policzkach. „Mecenas” — zgadywał Bo­rowski i „poprawił” czym prędzej twarz, jak ktoś, co, wchodząc do salonu, poprawia krawat i mankiety. Tenże instynkt starego nawyknienia sprawił, że Borowski począł nieznacznie, boczkiem, podsuwać się na kanapie w tamtą stronę.

Młodzieniec opowiadał o czymś gorączkowo, ustępy wi­docznie bardziej intymne szeptał na ucho; przy czym z miną i zwinnością wiewiórki obgryzał żarliwie paznokcie.

— Fenomenalna histeryczka — rzekł wreszcie pan von Hertenstein. — Ty zaś jesteś wybitnym szelmą... Nota bene, jeśli to wszystko jest prawda... Napisz to, napisz — kończył, klepiąc go po ramieniu.

Młodzieńcowi przerwał Pawluk, który przewinął się szybko między stołem i kanapą, znalazł się na drugim końcu, przy­siadł, a raczej przykucnął przed panem von Hertensteinem i wgadywał się gorączkowo w jego sympatię.

— Pan drwi sobie z moich kompozycji. No, zobaczy­cie kiedyś!... Do diabła, ja czuję, że oni wszyscy nie to ma­lują, nie to, co trzeba. Czuję — o! — (począł się bić kułakami w piersi). — Mnie nie szkoda, a życie uczy. Ot co!... Mnie trzeba jeszcze was literatów zgryźć, przeżuć i... wypluć potem.

— Bardzo ujmujące! — odparł pan von Hertenstein i od­sunął go łagodnie od siebie. — Ty lepiej ich nie gryź i wy­pluj czym prędzej, bo się nimi już dławić poczynasz.

Pawluk szarpnął się oburącz za włosy.

— Nie rozumieją flegmatyczne Niemcy!

Pan von Hertenstein począł się rozglądać po obecnych. Zmęczony jakby dotychczas i opieszały, ożywiał się w oczach, patrząc na Borowskiego. Nagle zerwał się i nalał mu wina do kieliszka. — Borowski miał ochotę cmoknąć sobie na po­chwałę: „Wziąłem go milczącą gębą — na odległość!”.