— Myśmy nie gimnaziści, panie zahlkelner, aby nas kankan sam przez się radował — rzekł z grymasem pan von Hertenstein, bardzo niezadowolony z tego, że go kelner zmusza do mówienia. — Nam to właśnie sprawi satysfakcję, że tamci panowie i tamte panienki go usłyszą.
Wobec powagi słów pana von Hertensteina kelner skłonił się tylko.
— Ale — wołał za nim autor dramatyczny — przy sposobności każ pan przysłać kilka butelek szampana.
Kelner skłonił się panu Turkułowi.
Turkuł wcisnął się plecami w oparcie kanapy; rozrzuciwszy szeroko poły tużurka, ukrył podbródek w obfitym swym krawacie i wystawił niby kieł zgasły papieros; zimnym wzrokiem przyglądał się otoczeniu. Po chwili zwrócił się półgębkiem do pana von Hertensteina:
— Dam im szampana, bo chcę zobaczyć, jak to bydło wygląda po pijanemu.
Na bladej i zimnej twarzy pana von Hertensteina ściągnęły się lekko brwi, syknął po cichu, jak gdyby go na odcisk nadeptał. Uśmiech niesmaku skrzywił mu lekko wargi.
— Zbyteczne koszta — rzekł po chwili spokojnie. — Oni panu dadzą gratis sposobność do jego głębokich studiów psychologicznych.
W kawiarni rozległy się lekkie, skoczne dźwięki muzyki. Przy dalszych stolikach zgoła inne towarzystwo zabawiało pannę Lili i towarzyszki. Stamtąd doszła niebawem nieśmiała, przytłumiona zgiełkiem nuta pospolitej brukowej piosenki:
Siehst du, das ist ein Geschäft,