— Kelner, płacić!... Płacić! — huczały basowo ochrypłe od oburzenia głosy tłustych, solidnych obywateli.


— Do tynglu, panowie!

Jelsky wyprowadzał swą drużynę na ulicę. Pawluka szukano na próżno: zawieruszył się między stolikami, gdzie siedziały kobiety. Chciano już wychodzić bez niego, gdy Borowski przyłożył dłonie do ust i w głośny gwar cudzoziemskiej mowy huknął nagle mazurskie:

— Chodź ino, cho-odź!...

Gdzieś spośród tłumu wyskoczyła nagle głowa o rzadkiej nastroszonej czuprynie; zaśmiały się z daleka małe skośne oczy.

— Ide, idee!... — poniosło jak po stepie.

Pan von Hertenstein zatykał sobie uszy. „Na litość Boską — toż nie polska stodoła”.

Pawluk wywinął się tymczasem z tłumu, rad i uśmiechnięty, niby jamnik z borsuczej nory. I zakręcił się koło Borowskiego jak fryga.

— I Niemce mają kobiety! — wołał. — Won hań73 siedzi cielista! I biała, biała! A oczy ma cza-arne!... Włosów na głowie jak Magdalena Ribeiry74. Pławić się można w tych włosach jak w stepowej trawie... Lili się nazywa... Kaby miał hroszy75, toby się i wypysznił!...