— Dziki!... Bo to się czuje przecie, że ten człowiek spiął się tylko w obręcze doktryn, pracy, obowiązków. Europa na tym karku ciąży. U nas doktryner wiadomo, co znaczy: — wiór! — U was tylko: Europy się nałykał... Powiedz mi, Borowski, po co właściwie przyjeżdżacie do Europy?
Borowski wzruszył ramionami.
Wataha skręciła z bulwaru w cichy zaułek. Dysputując krzykliwie, szła środkiem ulicy. Tuż za nimi jechał stępa powóz pana Hertensteina. Pawluk tymczasem zawieruszył się znowuż; widać go było z dala, jak wprasza się uparcie do towarzystwa dwóch przechodzących kobiet.
— Ten się nam zgubi dzisiaj — rzekł Jelsky. — Na niego gwizdać trzeba, czy jak? — I naśladując wcale nieźle Borowskiego, huknął w ulicę: „Chodź ino, cho-odź!”.
— Ide, idee!...
Jelsky’emu opadły binokle78 na sznurku; począł je znowu czyścić i mruczeć coś pod nosem. Po chwili nacisnął cwikier z rozmachem i zwrócił się do Borowskiego najniespodziewaniej w świecie po polsku.
— Wy, Borowski... z samej Polski bendziecie79?
Borowski stanął jak wryty.
— A skądże mam być? — odparł machinalnie.