A ja na scenie już tylko żyłem. W życiu byłem gnuśny, opieszały, tępy.
I nie miałem już nic w myślach, tylko kobiety, kobiety!...
Wtedy poznałem ją... Dwunastego września... ją, Zochnę, żonę...
Mówię staremu: tak i tak, żenić bo się chcemy. „Weź — powiada — sprowadź, bodajby dzisiaj — i ożeń się. Nie wstydź się, skromny młodzieńcze”. — „Jeżeli — mówię mu — na ślubie uczciwych ludzi choć jedna świeca więcej się pali, i tę chcę mieć zapaloną. Nie tknę, nie ruszę wprzódy. — Ciało przy niej pokorę czuje, a dusza w płaczu się zrywa, marząc o szczęściu”.
Ojciec skrzywił się strasznie, wydął wargi i zaśpiewał przez nos: „Osieł jesteś!”
Słyszeć o tym nie chciał. Dokuczał, za mymi plecami jakieś czarne intrygi wszczynał. Uwziąłem się na złość staremu, wystąpiłem z budy i zamieszkałem sam. Słyszę, chce moją rolę brać. Ogłasza się na afiszach, sprawił sobie nowe ubranie i wałęsa się po mieście, poważny, namaszczony; — łeb zadziera.
Przychodzi sztuka, cofa się przed samym spektaklem, mówi, że stary, że kolana mu się trzęsą, choć mu po linie chodzić przecie nie kazali, tylko grać. Po dwóch godzinach zwleka się do mnie pijaniusieńki. Staje we drzwiach, cylindra nie zdejmuje, ramiona splata i mruczy coś przez nos. (Stary zaczynał się już manierować na tych nosowych dźwiękach, mających wyrażać pogardę).
— Syn — bąkał tedy — syn wystąpił, a starego wyleli... Wyleli — powtórzył, rozwalił się na krześle i wyciągnął sztywne nogi. Patrzył w sufit i gwizdał cierpliwie i uparcie przez godzinę całą.
— Ty?! — rzekł po godzinie.