— No?
— Wyleli — mruknął i znowu zaczął gwizdać. — Alles ist weg, alles ist weg5. Rubla masz?
A gdym do kieszeni sięgnął, zrobił ten swój świetny, nie do naśladowania, ledwo widoczny, a tak wymowny ruch dłonią. W tym było nie tylko: „Daj no, daj!”. To mówiło, w pośpiesznym, zdławionym, niedbałym tempie: — „Pieniędzy mi potrzeba. Ty dasz; — wiem... Ja ci ich nie oddam — ty wiesz o tym, choć na moje honorowe zapewnienia schylasz głowę. Za to cię jeszcze ani kochać, ani szanować nie potrzebuję... Ja sobą może i gardzę, ale tobie nic do tego... Moje życie jest... Ale co ci do mojego życia!... Chcę pić, będę pił... Je m’en fiche6 — O, la!”. — A to wszystko, tę całą duszę człowieka, wypowiada się, tuląc cztery palce dłoni i puszczając jakiś mały, przelotny promyk po twarzy. Jaki?... Tego ani opisać, ani naśladować niepodobna. To Bóg daje. — Nazywa się to — talentem aktora. A człowiek, który to licho posiada, będzie miał nieraz, przy wielkim sercu Chrystusa, niskie instynkty zwierzęcia i całą marność człowieka w sobie. Taki szczęścia nie zazna i zaznać nie może. Jest w tym i ludzka zemsta, i Boża kara.
Zastąpiłem staremu drogę przy drzwiach. Ściskam sobie dłoń, palcami trzaskam, wargi gryzę: bom nie wiedział, czy wyleczę, czy dobiję.
Wreszcie powiedziałem:
— Ojciec, może... może bym ja zagrał... za ciebie.
Chciał mi się na szyję rzucić, ale zatrzymał ręce na mych ramionach, potem wsadził je do kieszeni, wydął usta i rzekł protekcyjnie:
— Spróbuj.
Zaprowadził mnie do restauracji i za mojego rubla zafundował mi piwa. Był uprzejmy i gościnny: com łyk ze szklanki pociągnął, dolewał mi pośpiesznie. Po raz pierwszy w życiu zapytał o zdrowie. — Kiedyśmy już kilka butelek opróżnili, przysiadł się do mnie, zapalił papierosa, gładził siwe włosy i, blednąc dziwnie na twarzy, rzekł do mnie szeptem:
— Ja ciebie, Władek, psuć nie chciałem, ale to jedno wiem — i tak mi Panie Boże dopomóż, jak szczerze mówię: ty byłbyś nowy, świeży, genialny, gdyby nie kobiety. One cię gnębią, krew twoją toczą, mlecz piją, mózg ssą. One teraz wszystkie do ciebie pełzną, wszystkie! Oplotły cię, opętały, pierś ściskają, talent w piersiach chcą zdusić... Mnie wszystko jedno: bierz je bodaj wszystkie — ale potem pluń i przepędź, boć to bydło jest przecie, gad zimny i leniwy. I nie wiąż się ze zwierzęciem, nie wiąż, chłopcze; bo kiedy z ciebie wszystko wyssie, to się kiedy nocą, jak kot, do łóżka zakradnie, tu na szyi w wielką żyłę się wgryzie i krew twą serdeczną do ostatniej kropli wyżłopie. Taki gad żoną się nazywa...