Ciebie by banda impresariów po Europie obwoziła. — O Władek, Władek!... Tam, w Paryżu, w Berlinie, w Wied­niu — tam nas cenią! Nie klaszczą, nie wyją, nie przeszka­dzają, jak tutaj, lecz rozumieją, na równi z piszącymi uwa­żają. Tam ma walor intuicja, bo oni mają za dużo szkół i wiedzy; tam wielbią puls życia indywidualnego, bo szare są wielkie miasta... Co ja mówię, oni nas tam bardziej od piszących szanują, bo ich bibuła, pisaniny, literaty przytła­czają i nudzą. My zaś jesteśmy życiem samym, jesteśmy śmiechem, łzą, okrzykiem, buntem, szałem w żywym czło­wieku... Literat to kłamliwy komediant — aktor ma szczerą duszę. — Tak piszą!... Nie wierzysz? Czytaj gazety cudzo­ziemskie.

Piwa miał już widocznie za wiele, gdyż pięścią w stół uderzył i krzyknął, aż echo rozniosło po sali.

— „Figaro”! — „Frankfurter Zeitung”!

Wywinął się kelner przed stół i tłumaczy, że nie ma tych gazet w restauracji.

— Przynieś z kiosku — rozkazał ojciec krótko.

Kelner stał z miną grymaśną i niezdecydowaną. Ojciec zmarszczył czoło.

— Słyszał kelner, com rozkazał?

I spadając natychmiast z aktorskiego tonu, dokończył po swojemu:

— Poszedł precz, bo zabiję!

— Niechże ojciec nie rzuca butelek. Awantura będzie...