Spochmurniał i nasrożył się mój stary. Wydało mu się, że jakiś tam klient dobrego krawca i fryzjera: hrabicz czy kupczyk od sąsiedniego stołu przypatrywał mu się arogan­cko. Stary pochwycił dopiero co odkorkowaną butelkę, wy­pił ją duszkiem, postawił z impetem na stół, nogi na krzesło założył i rozpiął kamizelkę.

— Niech kelner!... przy-nie-sie! cygaroo! — zaśpiewał na tremolo.

A potem do mnie znów się przysiadł.

— Będziesz grał, Władek?... Słuchaj — wołał, chwytając mnie za bary — ty jutro mnie i siebie pomścić mu­sisz. I nas wszystkich. My wszyscy jesteśmy biedni ludzie, bo nie wiemy, dla kogo i po co swą duszę w szmaty targamy... Płomieniem krwi twej młodej roznieć jutro wielkie światło duszy; niech tamci mrużą oczy, niech się kurczą, wiją podłe, ślepe gady!... Ty im się wgryź w serce! Niech poznają, że jest puste; bij po głowach obuchem! Porusz le­niwe mózgi; po kałdunach sytych kop! Odbierz im spokój... A dusze ich w kale nurzaj; drwij, znęcaj się i pluj! Powtła­czaj im mózgi w brzuchy... Skończy się — i rozpełzną się kłębiskami gady gnuśne, ciężkie i — leniwe; pełne strachu i po­kory... A my wtedy: — deptać!... Puścimy za nimi tony marsza żałobnego lub taniec szkieletów, i nuż szargać, tar­gać, rwać w strzępy marne dusze! Bydło, owce, kałduny! Ha, ha, ha!...

Śmiech był zrobiony bajecznie. Wpadł jakby z cichej ulicy, basem piersiowym rozległ się po sali, zahuczał echem jak organy i ludziom usta zamknął. W sali uczyniło się cicho: na szczęk noża ludzie sykali gniewnie, kelnerzy zatrzy­mali się pośrodku. Patrzano wyłącznie na nas.

Ale ojciec już tego nie widział.

— Ty — mówił, uderzając mnie pięścią w piersi — ty, bydlę niskie, do nich pragniesz teraz przejść! Żenić się chcesz! Będziesz handlował, szachrował, Żydom po biurach się wysługiwał, łykom po sklepach, szlachcicom cielęta ho­dował i tuczył?

Nie odpowiedziałem mu nic; musiał jednak z mej twa­rzy coś wyczytać, gdyż uśmiechnął się cicho i napił piwa.

Wyznałem mu tedy całą prawdę: mówiłem o tym, jak się ścieram i zużywam z dnia na dzień, jak dziś już, niby morfinista, trucizną tylko dobyć coś z siebie potrafię. Stary początkowo wierzyć nie chciał; potem wpił się rękoma we włosy, oparł głowę na łokciach; myślał i słuchał. A gdym mówić przestawał, unosił nieco głowę, białka wywracał i tak się wpijał we mnie tym spojrzeniem dziwnym.

— Bywa, bywa — mruczał pod koniec — czasami tylko jeden dzień, jedna wiosna, jedna miłość. Dziś więcej niż da­wniej... Motyle, jętki, ćmy — potem gady!