Wyprostował się wreszcie sztywno.

— Na długo się cenisz?

Wzruszyłem ramionami.

— To zależy.

— Od kobiet?

— Chociażby...

— A potem? — pytał, wlepiając we mnie przewrócone białka oczu.

Chłód mnie przebiegł po ciele. Dotychczas nie myśla­łem o tym, com w ojca spojrzeniu wtedy wyczytał; nie my­ślałem o upokorzeniu.

— Jeżeli kobieta — zaczął ojciec, wpatrzony błędnie przed siebie — nie wiem, jak się ta twoja nazywa — jeżeli tym lubieżnym a wzgardliwym uśmiechem, w którym wła­ściwa dusza kobiety się przejawia, śmiać ci się będzie w wy­stygłą twarz: podczas gdy inny, świeży, nowy, mocny bę­dzie ją tęsknymi oczyma budził, podniecał, roznamiętniał?... O! Takiej doczekać się w życiu godziny i kobiety nie zabić!... Aktorem jesteś: wmyślże się7, czuj, przeczuj własnej młodo­ści koniec... A jeżeli drugi tam na scenę wejdzie, podpatrzy cię, okradnie i złupi — sobie na karierę? Jeżeli... jeżeli okrzy­kną go genialnym, dlatego tylko, żeś ty! ty! ty! tak bardzo cierpiał?... Jeżeli ludzie cię porzucą, psy tobą wzgardzą, dy­rektor cię wyleje?... Jeżeli kel... kel...?

Ojciec schwycił się za głowę: krople rzęsistego potu wystąpiły na bladą jak chusta twarz. Rzucił się w głąb ka­napy.