— Jeżeli kelner ci gazety przynieść nie zechce!? — krzyknął, zabełkotał coś i rozpłakał się tak straszliwie, że wszystko porwało się z miejsc.

W restauracji wszczął się szmer, potem jakiś zgiełk i pogwar gniewny. Ludzie wołali kelnerów, płacili z hałasem. Kobiety wychodziły z wyrazem przestrachu i współczucia, ich towarzysze z grymasem niesmaku nad tym płaczącym starcem.

Wyprowadziłem ojca na ulicę. Upierał się, że mi szam­pana zafunduje, choć do tego piwa ja dopłacić musiałem.

— Przyjmij ode mnie — prosił, całował, przymilał się. I ledwo stojąc na nogach, ciągnął do drugiego szynku. Przed samym domem wytrzeźwiał jednak.

— Jeżeli?... — zapytał poważnie i myśląco.

— Ja nie będę miał czego żałować — odparłem spo­kojnie.

— Chcesz ze mną?...

I zrobił jeden z tych swoich ruchów nie do powtórze­nia. Ręką tylko skinął i uśmiechnął się... Jak?... Bo ja wiem! Tak się może uśmiechali dawniej ci, co na stosie ginęli: było w tym i politowanie, i wzgarda, i żal serdeczny za głupim życiem podłych ludzi. Zwiesił głowę i pokiwał nią do swych myśli.

All right! — zawołał na pożegnanie jak cyrkowiec.