Na drugi dzień doglądał mnie i strzegł na każdym kroku. W południe nie wytrzymał i narzucił się na mnie.

— Grać będziesz?

— A no...

— Mów, co tobie, człowieku? Pić chcesz? Tyś i wczo­raj niewiele mówił.

— Tęsknię...

— To weźże ją sobie!

— Poczekam, aż mi ją rodzice dadzą.

— Aż ci wyschnie, zwietrzeje i ulęgnie się do ołtarza!

— Poczekam.

— Ocknij ty się! Ty przecie nic nie myślisz, na twa­rzy widzę, że nic nie myślisz! Już masz na swej głupiej gę­bie idiotyczne piętno narzeczonego... Ty mi dzisiaj porządnie grać musisz! — krzyczał i trząsł mną za ramiona. — Ale to niepodobna, żeby taki zadowolony z siebie kretyn uczciwie coś zagrał... Idź do niej — czy co!?... Spraw sobie zdradę — czy jak!?... Rób coś: porusz, porusz bebechy! Ty, gnuśne, tępe, narzeczone bydlę!