Ojciec trzasnął drzwiami i zostawił mnie z mą bez­myślnością.

Dawniej inaczej bywało. Dawniej, gdy wyszła ode mnie która z tych kobiet, pozostawiwszy po sobie zapach ciała swego, atmosferę od pieszczot ciepłą, od szałów jeszcze du­szną i nieukojone żądze; wówczas, jeśli za nią nie pobiegłem, tłukłem się jak wariat po pokoju, w gęstej dymnicy od pa­pierosów, i wlewałem w siebie, co było: koniak, wódkę, wino. Targałem we wspomnieniach każdy drobiazg mych upojeń, odurzałem się wyobraźnią, coraz nowe układała mi ona obrazy w dziwnej jakiejś scenerii grobów, kościołów, cmentarzy. Kończyło się zawsze tu w potylicy bólem ostrym i nagłym, jak pod zimną wodą, trzeźwieniem. Wtedy coś gryzło, roz­pierało w piersiach, śliną w usta się sączyło: ten, w ciało już weszły, wyrzut i ból. Wtedy czułem jedno tylko: brak, brak i jeszcze raz brak dokuczliwy. Papierosa? — Nie to!... Wódka?... Nie!... Jadło?... Nie!... To ciało się kurczy jak gad nadeptany, a brak tu, tu — w duszy... Jedno, jedno tylko słowo, co się wyśliznęło z pamięci, wykradło z myśli; jedno, wypowiadające wszystko, ostatnie, wielkie słowo: okrzyk!...

I szukam jak wariat tego słowa, a niepokój mój wzra­sta, skupia się, przechodzi w napięcie szalone. Krzyczeć chcę: „słowa, słowa!”. I wiem, że o nie iść przecie nie może; czuję tylko, żem myśl mą rozognił, pognał, że szaleje już sama: już mnie opanowała, pędzi i ponosi mnie tam, gdzie już chyba czarna moc ducha. Chcę gonić, podążyć za wyobraźnią mą, co z władz duszy myślącej już się wymyka... Znajduję na­tomiast, tryumfujący, znajduję to, co mi kapryśna pamięć w tej chwili przyniesie... Mam wreszcie:

Oto mój żywioł, ta ciemność ponura,

Już do otchłani myśl moja należy,

I nieskończoność, jako ciemna chmura,

Świat opłynęła. Myśl gdy w nią pobieży8,

Wraca zbłąkana i znów się zamyka

W sennych marzeniach.

Albo to ostatnie: