Dzisiaj ja nie chcę zabijać słowami,

Bo każde słowo do serca utonie

I jako sztylet dreszczem je oziębi.

A potem długim rozpamiętywaniem,

Jak żar piekielny rozpali się w łonie

I potem, potem... cała przyszłość moja

Stanie się długim i ciężkim konaniem!

Ale co mi poezja! Co mi cudze bóle! Pędzę do teatru: węch mnie tam prowadzi. Wpadam na pustą scenę, na deski moje pochyłe i śmieję się, i płakać chcę... Mój świecie je­dyny! Życie moje! Przeznaczenie me krwawe! Ziemio ty moja obiecana!...

Dziś, ojciec wyszedł, drzwiami z pogardą trzasnął i po­zostawił mnie w ogromnej, nudnej trzeźwości. Wiedziałem tylko, że miałem dziś grać, rehabilitować siebie i ojca, co mnie pobudzało do wzruszania ramion; jakieś światła wielkie zapalać — (to śmieszne było po prostu); wtłaczać mózgi w brzuchy — (stary idiocieje dziwnie szybko), wyrzucać wieńce precz... Jemu te wieńce i spać, i trawić nie dają. Z pierwszą szklanką piwa łyknie taką myśl o wieńcu i upije się jak zwierzę, a potem daje po knajpach dzikie przedsta­wienia... jubileuszowe. Jeśli ja się już zgrałem do ostatniej kropli krwi, to stary się zmanierował do kosteczki... Aktorzysko!...

Zaczynałem żałować wczorajszych postanowień.