Rozgłos aktora?! Przy tym mimo woli myśleć trzeba o młodych pędrakach ze szkoły, zaczynających już szukać emocji, o entuzjazmujących się Żydkach z kantoru, o fryzjerach, którzy z galerii i przez pisemka brukowe zawierają z aktorami „amitié du cochon9”; wreszcie, o tych tabunach wyrostków nie wiadomo skąd wałęsających się wieczorami przed teatrem. A poza tym: dziennikarze zbyt gadatliwi, mecenasi zbyt milczący oraz kilku grubych panów, czytających o nas przy rannej kawie dlatego tylko, że reporter i reda­ktor jego gazety nie mieli, prócz o wypadkach miejskich, absolutnie nic więcej do powiedzenia. I to staremu duszę w szmaty potargało. Trzymać się tego płotu i zgnić razem z nim, dać w ofierze życie całe. Skromne to powołanie, za mała rólka...

I temu dać jeszcze w ofierze ją, Zochnę?!...

Dziwna rzecz; ilekroć o niej wspomnę, tuman zapomnie­nia przysłania mi świat natychmiast. Nie widzę, nie słyszę nic. Ją czuję; jej twarzyczka jasna, łagodna, spojrzenie bez­bronne i ta dobroć wielka, co z jej oczu na duszę mi się kładzie, rozbrajają mnie słodkim, cichym, dziękczynnym ma­rzeniem. Modlę się do jej włosów, do poruszenia dłonią, do okrągłego ruchu ramion... I widzę, tak znakomicie widzę... Dość, na przykład, by, przebiegłszy przez pokój, przysiadła na krześle, a stawała się tak zamknięta w kształtach, tak skoń­czona w ruchu, tak doskonała w każdej linii, że jej skromne suknie wydawały się jedną falą miękkiego jedwabiu, opływa­jącą posłusznie swobodny układ jej ciała. A przy tym ta, przez uśmiech przebijająca, nieświadomość swego wdzięku, to piętno każdego arcydzieła; spokój, dumny spokój życia... Otaczało ją coś niewidzialnego, czułem to za każdym zbliże­niem; biała miłość obejmowała ją ramionami i całowała uśmiechniętą w czoło: „Tyś do kochania stworzona”.

Tamte wszystkie: kochanki, żony, przyjaciółki zżywają się z naszą myślą, z przyzwyczajeniem; powszednieją. Ich się potem właściwie nie ogląda, nie spostrzega: czuje się tylko ich obecność; w oczach ma się je takimi, jak nam je pierwszy błysk miłości w pamięć rzucił... Ja przez oczy tak wchłonąłem ją w siebie, takem10 ciało własne nią przepoił, że gdy na chwilę zapomnę, ocknę się wnet w przestrachu, jakbym duszę własną zgubił. I szukam niespokojnie, i znowu zobaczę; zdziwię się i znów pokocham, i do nieobecnej znowuż zatęsknię. A po uśmiechniętej szczęściem twarzy łzy gra­dem się leją... O, ja naprawdę kochałem!...

Siedzę zapatrzony gdzieś w przestrzeń, widzę ją i mo­dlę się do niej wspomnieniem... Nie tknę cię, nie ruszę, święta ty moja! Obietnico spokoju, wytchnienia, szczęścia! Przy to­bie odrodzę się człowiekiem, odmłodnieję uczuciem, odetchnę świeżością twoich marzeń, ukoję pragnienie pachnącą rosą twego ciała, nie ruszę, święta ty moja!... Poddaj twarzyczkę twą ciepłą, do mej twarzy przytul, ogrzej wyziębłą twym pierwszym rumieńcem, wypieść świeżym puchem twych po­liczków... I nie bój się... W dłonie obie ujmę, widokiem się na­sycę, wypieszczę, wycałuję, w pamięci zapiszę... Pokaż twą lękliwego ptaka szyję, pokaż dziecko. Wycałuję tylko... Nie bój się, Zochna, nie bój się, nie... Nie tknę, nie ruszę, święta ty moja! Obietnico spokoju, wytchnienia i szczęścia... Wido­kiem się tylko nasycę, wypieszczę, wycałuję, w pamięci za­piszę...

A Zochna szeptała:

— Mój... mój...

I kryła się twarzą na mych piersiach.

Kaprysić mi dzieciak poczynał: wydyma wargi i puszy się, rączki w fałdach sukni chowa. Przeciąga się leniwie i pada na kanapę. Każe sobie znosić czekoladek, słodyczy, ale jeść nie chce: wyrzuca wszystko, że niedobre! Myślałbyś, że lada chwila zmęczy się i zaśnie, rozrzucona niedbale na otomanie. Lecz oto zrywa się: pokazała mi czubek języka, zakręciła się na pięcie, zaszeleściła suknią i — uciekła.

— Paskudny! — wołała na odlocie.