A za chwilę znów powróci.
Czasami się zapamiętywa11.
— Zochna?...
Uśmiecha się miękko, ciepło, a szyję ku mnie wyciąga. O mnie myśli — dobra Zochna!
— Wiesz — mówi — wiesz, Właduchna, aż mi dziwno, ja się ciebie wcale, ale to wcale nie boję. Przecież to ty — myślę!... Ty!... Ty!... Chodź, pocałuj! Tutaj, i tu — jeszcze. Och, Boże, jakbym ja cię ugryzła... Ale ja niedobra jestem!...
I znów duma, rozważa, czoło marszczy.
— Mąż!... — pociesza się wnet pieszczotliwie i siada mi na kolanach.
Siedzę jak w odrętwieniu i wspominam — bez końca wspominam — tęsknię! Czasami silniej to we mnie uderzy: Zosi drobne rączyny jakby mi głowę wtedy ściskały.
Zrywam się, otrząsam... Posyłam po wódkę, grzęznę w dymie od papierosów; powoli zaczynam odżywać: myślę... Tęsknota? To jest uczucie dla zwierząt w menażerii. Ja tej trucizny jeszcze nie znałem: mnie wszystko w porę przychodziło, nie nauczyłem się czekać. Tęsknota!?... To duszne, wilgotne, zatrute powietrze: nim umieją oddychać tylko marzyciele. Ten żar suszy przede wszystkim najbardziej subtelne kwiaty uczucia: wspomnienia. W końcu nie ma czego wspominać, zbrakło chęci silnych, tylko tęsknota pozostała. Wydaje się człowiekowi, z przyzwyczajenia do ciasnego kółka swych myśli, że czegoś pragnie, i ta ułuda dobija go do reszty. To tragedia marzyciela, dramat idealisty, farsa ascety!...
Piję wódkę: myśl biegnie, płynie, ponosi... Chodzę po pokoju, mówię ze sobą, deklamuję głośno: „Marzenia!... Marzenia!... Obwisłe i bezwładne, na wypalonym gruncie tęsknoty, tracą i one swe syte rozkoszą, miękkie uczuciem barwy. Póki je żar w popiół pamiątek nie rozsypie, wysysają chciwie rosę z najgłębszych zakątków duszy; niby jemioła zapuszczają korzenie coraz to głębiej w sam rdzeń swej ofiary, w najistotniejszą część jej ducha i piją z niej chciwie dawne myśli, uczucia, nadzieje. Więdnąc, rozpleniają się jak kąkol, zachwaszczają umysł, jak pokrzywa, suchymi badylami łodyg bez kwiatów, bez woni, bez cienia... Dawny kwietnik zmienia się w jałowy ugór: warzy się na nim kiełkująca myśl, przepada nowy zasiew, giną dawnych płonki... A kiedy się tak przeznaczenie marzącego dokona, wówczas ocknie się może i zerwie zbyt wielkie jego pragnienie życia. W gorączkowym porywie czynu, w diabła ambicji popielisko orać będzie, a smutnym aniołom dobrych chęci stuletnie dęby na nim sadzić każe. Z diablej orki i anielskiego zasiewu wiatr się zaśmieje, obfite żniwo zbierze ludzka niechęć, pokłosie choroba zagarnie, a dziedzictwo wciąż jeszcze bogatego gruntu obejmie śmierć...”.