Pan von Hertenstein spojrzał bystro i pochmurnie w oczy Borowskiego, po czym zdjął kapelusz i pochylił nisko głowę:

— Cześć poległym!

I weszli do tynglu.


Ruchliwy, pełen zgiełku kiermasz na sali wciąż jeszcze ogłuszał Müllera. Coś, jakby migotanie zwierciadła, odrywało uwagę od sceny, drażniło oczy i zwracało mu je ustawicznie na prawo. W czerwonej ramie firanek, na zwierciadlanym tle wnętrza, w błyskach niespokojnych refleksów, rysowała się wysmukła sylwetka kobiety; na purpurowym tle parapetu świeciła jak śnieg biała, od brylantów połyskliwa i smukła jej dłoń. Zaś tam na dole, pod nią, wśród zastawionych stołów, tworzyły męskie cylindry zgiełkliwy i bezładny rój.

Spod smyczków skrzypcowych wysnuwała się melodia cicha, dyskretna i kłębiła się sennie po widowni. Na scenie tańczono. Sypki, miarowy i melodyjny szelest, jakieś miękkie szmery kobiecych głosów, westchnienia niespodziane, stłumione i lekkie. Szelest, szmer i zapach kobiet wiewem szły na widownię i niosły ze sobą melodię walca... I szeptał jedwab. Tuż ponad kinkietami sypało się jakieś barwne kwiecie, drobną, zmąconą falą przelewał się wzdłuż błękitny wir: drgał, mienił się i musował, rzucając głębszą, lżejszą jeszcze pianę białych tiulów i koronek.

Dajsy!... Dajsy!... — dygotała niema piosnka na tej zwiewnej fali; drżały lekko struny skrzypcowe, opowiadał pieściwie flet.

Migały przed oczyma bystro i zwinnie czarne, wiotkie nogi w płytkich pantofelkach, rysowały się śmiałe, lotne linie ich konturu. Górą, na barwnych falach jedwabiu świeciła żywo ciepła biel ciała na ramionach, uśmiechały się kobiece główki w złotych kapturach drżących niby dzwonki loków. Czasami zniecierpliwienie zaśmiało się psotnie na tych rozkołysanych główkach i ciche szepty, jak szmer liści jesiennych, mieszały takty.

Śpiewał, szumiał, grał i tańczył falisty jedwab błękitnych sukien.

I rzucał na salę kłęby miękkich, sennych perfum.