Pieścił się flet, drżały struny skrzypcowe.

Zaś w górze, na parapecie loży, na pełnej, soczystej purpurze, spoczywała, niby śniegu biała kiść, smukła, od brylantów lśniąca dłoń. Na lustrzanym tle wnętrza, w przyćmionym świetle, wśród niespokojnych refleksów, rysowała się zimno, nieruchomo i dumnie sylwetka pięknej kobiety.

Na dole rojny, zgiełkliwy kiermasz męskich głów.

Dajsy!... Dajsy!... — rozśpiewały się drżące struny harfiane, rozpieszczał i rozmarzał flet.

Zdawało się, że gdzieś w głębi, poza jasnymi kwiatami tych śmiejących się główek — tam u tylnej kulisy, gdzie zwieszają się ciężkie, syte słońcem liście palm i orchidei, tam, w chłodzie cienia leży kobieta, do śniadej piersi pęki kruczych włosów ciśnie i wzdycha głęboko.

— Aa...! — słyszało się niemal to westchnienie.

Nagle pada strzał; za nim w nagłym pośpiechu — drugi — trzeci — czwarty: jak w tyralierce. Strzelał szampan! — Klaskania niedbałe, przeciągłe oraz rechotliwe, pełne nonszalancji wołania:

— Brawo, brawo, brawo — bis!

Café chantant102!