Jelsky wskazał oczyma na Borowskiego. „Jeżeli tam pójdziesz, obgadam cię przed nią”. Müller poczerwieniał nagle i zwrócił się do Jelsky’ego tyłem. Borowski siedział gdzieś w najciemniejszym kącie loży i wsparł ciężką głowę na obu dłoniach. Gdy przycichło na scenie, uniósł się wreszcie i rozejrzał błędnie po widowni; oczy przyćmione i mętne zapadły mu jakby w głąb: czuć było, że widzą przed sobą jakieś inne, obce światy. — „Nie dla mnie! Nie dla mnie!” — szeptał. Po chwili znów opadł na fotel i ukrył twarz w obu dłoniach. „Było! — myślał. — Było!... Tak zamiera młodość, w takiej cichej agonii kona czyn. Całe moje życie już tylko było! Boś przyszła ty!...”.
Czyniąc sobie tron i łoże
Z upadłego mego ducha,
Żem skut106 z tobą, marny tworze,
Jak galernik do łańcucha!...
Uciszono się w teatrze, oczy wszystkich zwrócone były na lożę dziennikarską, gdzie wybuchał w tejże chwili chóralny śpiew.
— Brawo, Borowski! — wołał Jelsky. — Jeśli chcesz koniecznie, możemy między jednym kankanem a drugim posłuchać nawet dramatu. Brawo!
On skoczył z fotelu i rzucił okiem na kurtynę; lecz w tejże chwili cofnął się znowu i wparł w najciemniejszy kąt loży.
— Nie dla ciebie, stary — co?...
Podniósł na nich oczy i zadygotały mu wargi jak u dziecka. A gdy oni śmiać się nie przestawali, wpił się palcami w ubranie na piersiach i szarpnął je nagle.