I zagrzmiały oklaski.
— Brawo Szopen!... Jeszcze raz Szopen!
W loży odsunął ktoś gwałtownie krzesło: pan von Hertenstein porwał się z miejsca. Coś jakby kurcze wstrętu przebiegło mu po bladej twarzy.
— Niech ta małpa zaprzestanie!...
— Cii, Hertenstein — obrażasz profesora! Co u Boga!... Beczysz?!...
— Toż te małpy ośmielają się grać Scherzo H-mol!... Zaprzestać! — huknął na cały teatr.
Pawluk rzucił się ku niemu.
— A co, pan Hertenstein? — Twoje pańskie nerwy nie wytrzymały naporu głupstwa? Pękło coś — ha? A widzisz — patrz, jak won tam na dole się bawią: publika — ha?
Jelsky wzruszał ramionami.
— Nie rozumiem ciebie, Hertenstein. Przecież te błazny przed chwilą i profesor, na którego patrzymy, są sztuką aktorską au fond111, jej absolutem bez przypadkowości twórczych pierwiastków, które pochodzą bądź co bądź zawsze od kogo innego. Tęsknota Borowskiego jest w swej nieświadomości szczerszą od twego sentymentu... Zaś to — tam na dole... no, to jest... jakżeby to powiedzieć... c’est le public112, co laury rozdaje. Wniknij w to, Hertenstein, i skrusz się na duchu... Dasz nam kiedy koncert szopenowski lub może własny — ci sami przyjdą! A ty rzucisz im pod nogi wszystko z rozbolałej duszy Szopena i ze swej własnej!!... Zlituj się, Hertenstein, kto z was jest większą małpą: profesor van der Clerk czy ty?