Naszego życia sens!

— Hehehe!!... — darły się błazny na scenie.


Borowski przeniósł się do ciemnej loży w kącie; wnet za nim wyśliznął się i Turkuł.

— Niedościgły imitator, iluzjonista biograficzny, profesor van der Clerk — rekomendował Jelsky podług afisza jakiegoś pana na tle lustrzanego kramu ustawionego na scenie. Profesor krzątał się przy swej cudownej szafie, narzucał na siebie jakieś szmaty i peruki i z batutą w ręku zwracał się jak fryga do publiczności.

„Brawo, Liszt! — Liszt! — krzyczały wszystkie usta, klaskały wszystkie ręce. — Na radość tłumu patrzała siwa, trzęsąca się głowa starca, o wielkich guzach po całej twarzy; niedołężna ręka ledwo trzymała batutę. Muzyka grała trzecią Rapsodię.

— Brawo, Beethoven! — Beethoven! — krzyczano po chwili. — Na szerokie śmiechy tłumu odwróciła się starcza, brzydka, potężna głowa wielkiego twórcy. Kapela tynglowa próbowała grać Eroikę, zagłuszyły ją oklaski.

W loży Pawluk porwał się z miejsca.

— Choćby zdjąć głowę z karku, rzucić ją wam pod nogi i pójść sobie precz; mnie i głowa już na nic. — Oj, dokuczyło! — i splunął w kąt.

Profesor w kilku zwinnych ruchach przedzierzgnął się ponownie. Przed rampą stanął wysmukły młodzieniec w eleganckim fraku, niedbałym ruchem trzymał w ręku batutę, zerkał na kobiety i uginał się na słabych nogach. Publiczność śmiała się, lecz nie umiała odgadnąć; ktoś z galerii krzyknął wreszcie: „Szopen!”