— śpiewał, gwizdał, huczał cały teatr...


— Nie ma gadania, powróci! — uspokajał Jelsky przyjaciół. — I on zechce usłyszeć Yvettę. Reklama, co wznosi karłów i obala olbrzymów, drwi sobie z ludzkich kaprysów.

Jakoż Hertenstein zawrócił ze schodów, lecz nie do nich, tylko do ciemnej loży z brzega, gdzie ku swemu zdziwieniu zastał dwa nieruchome cienie. Przysiadł się i on do Borowskiego i Turkuła. Nie zdziwili się wcale, nie unieśli nawet głów przy jego wejściu. Cisza, półmrok i jakieś ponure skupienie panowało w tej loży. Krzyki i wrzawa ze sceny nie dochodziły tu, zda się, nawet.

— Panie Hertenstein — szepnął po dłuższym czasie Turkuł — kiedy pan dasz koncert?

— Nie wiem.

— Trema?

— Tak.

Ktoś westchnął, ktoś drugi zawtórował, trzeci poprawił się na krześle i chrząknął. Milczeli znowu. Ostre oczy Turkuła, świecące po ciemku jak u kota, wpijały się w Hertensteina badawczo i łakomie z chciwą prawie ciekawością.

— Za ten dziwny toast, tam, w kawiarni, gniewać się nie umiem — rzekł swym suchym, twardym głosem — ponieważ ludziom ciekawym wybaczam wszystko.