— Boże mój!...

Turkuł, śmiejąc się, wyciągnął rękę, aby w nią Borowski na zgodę uderzył.

— Biorę pana na swój koszt, czym sprawię naszej publiczności prezent królewski.

Borowski patrzał bezradnie w oczy Hertensteina, jakby od niego oczekując otuchy czy też namowy.

Ktoś szarpnął drzwi: do ciemnej loży wtoczył się pijany Pawluk.

— Pan Borowski, dawaj żonę! — krzyczał, waląc mu się prosto na szyję. — Tam oni cuda prosto opowiadają. Rad by popatrzeć — namaluję może... Tam oni wszyscy opowiadają, bo my się tam upili... Winem winogronowym upił się i ja... Ty, pan Borowski, nie gniewaj się! — A żonę tu sprowadź — ot co!... Rączkę wycałujemy — uczciwi będziemy... Wiadomo: cudza żona! Trzymaj się!...

Borowski odpychał go od siebie ze wstrętem i strachem, jak złą zmorę. Hertenstein skoczył wreszcie i chwycił Pawluka za bary.

— A ty, pan Borowski, pożal się nad Müllerem i wyrzucaj go won od siebie. U pijanego, wiadomo: dusza przez gębę lezie! Powiada, że jeśli w łeb sobie strzeli, to tylko dla onej to Zośki twojej... A Jelsky jest na kobiety drań! — Czuju116!!

Pan von Hertenstein, nie rozumiejąc nic, zżymał się na ten ochrypły, pijany i natrętny głos.

— Idź precz, kozaku, idź precz!...