Wreszcie ucichło wszystko; w sali tylko gwarno było przy spuszczonej kurtynie. W ciemnej loży milczano.
Jakieś swarliwe głosy na korytarzach, potem raptowny trzask i brzęk, co z łoskotem metalicznym potoczył się jakby po kamieniach, echa szklane we wszystkich kątach teatru zbudził, nagłą ciszę wszędzie wyczarował i utonął niebawem w ogólnej wrzawie, krzyku i tumulcie.
— Zbił! — rzekł Borowski.
Pod koniec antraktu orkiestra starała się grać poważnie, kelnerzy snuli się majestatycznie, na głośniejsze śmiechy sykano gdzieś z kąta. Ludzie byli już podnieceni i poddawali się biernie tym nieokreślonym, nie wiadomo skąd idącym nakazom. Wreszcie dzwonienie: długie, powolne, proszące o skupienie.
Numer główny programu!
Przed kurtynę wyszedł jegomość w tużurku i obwieścił żałobnie, iż panna Yvetta Gilbert w drodze powrotnej do Paryża raczy wystąpić raz jeden tylko.
„Dobrze robią ciekawość” — aprobował Jelsky w duchu.
— Oto chwila brzemienna — zwrócił się z powagą do przyjaciół. — Reklama wyzywa tłum w szranki i potęgę swą mierzy. Przyjrzyjcie się dzieci, „co może dziennikarz”!
Ludzie tymczasem wlepiali już oczy w kurtynę i nastawiali uszy; sykano na nieproszone gawędy. Jelsky zakaszlał głośno dla eksperymentu: zakaszlano na widowni, jak w owczarni. „Skupienie jest!” — wnioskował. I czuł się panem trzody swojej.