— Co panu!?...

— Nic — już nic! — minęło! Wtedy... zanim to uczyniłem, spojrzałem — i te oczy!... Te oczy pańskie zimne rozżarzyły się w jednej chwili jak węgle. Myślałem, że mnie prowadzi...

— Kto taki?

— Diabeł!...

— W imię Ojca i Syna!... Oj, źle, Borowski! Słabyś duchem, wróć się lepiej tam — w łoże małżeńskie, w wyrzuty sumienia i obowiązki.

— Nie mogę: stało się! Nie wiem, czy źle, czy dobrze robię, nie wiem nawet, dlaczego tak uczynić muszę — ale wracać już nie mogę!

— Przeznaczenie! — objaśnił Turkuł. I ruszyli dalej.

Turkuł, zaplątawszy się w krąg jednych myśli, nie mógł z nich wybrnąć: ustawicznie coś wspominał i recytował. Wreszcie objął Borowskiego serdecznie i przygarnął do piersi: — „Kocham tych, których dusza głęboka jest, nawet gdy od ran serdecznych ginie, kogo drobne przejście zniszczyć może! — Albowiem ci są, którzy przez most przechodzą!”

Stanęli wreszcie na brzegu przeciwnym i, oparłszy się o balustradę, raz jeszcze spojrzeli na miasto. Z ciemnego zwaliska murów wyrastały w czerwień płonącego nieba kościelne wieże, niby czarne i nieme upiory. Cicha łuna pożaru drgała wszerz po ciemnym niebie.

— Tam! — myślał Borowski.