Po wiaduktach między murami biegł pociąg, skakał z łoskotem po zwrotnicach, wypadł z dala na nasyp, gwizdnął i pędził przed się w obce, dalekie światy... Pozostał po nim ten pęd i rozmach w powietrzu, to rozpierające piersi pragnienie lotu...
— Pora nam!
— Pora...
Część druga
Jeszcze łuna pożaru tliła się na niebie, gdy Jelsky wychodził na ulicę. Długie wycia i skomlenia świstawek fabrycznych zwiastowały ciemnym przedmieściom świt. Ledwo dostrzegalna mgła zmywała kamienice i bruki niby deszcz ulewny. Ostra woń miejskiego poranku: zapach wilgoci, alkoholu i świeżego pieczywa. Śródmieście usnęło nareszcie i cisza legła na pustych ulicach. Gdzieniegdzie tylko oświetlone sutereny; wewnątrz białe, jak cienie snujące się postacie i ten ckliwy zapach ciasta i drożdży. Jelsky wypróżniłby w tej chwili kieszenie za filiżankę czarnej kawy, ale kawiarnie były już zamknięte czy też jeszcze nieotwarte. Czuł oskomę w gardle i obrzydliwą niemoc w członkach. Księżyce lamp elektrycznych ćmiły się ponad ulicą już tylko z rzadka gdzieniegdzie rdzawym, ceglastym jaśnieniem. — „Ta oszczędność magistracka! — gniewał się Jelsky. — Ludzie — filozofował wnet potem — powinni żyć i spać na przemian. To regularne zamieranie życia z tej tylko racji, że słońce zaszło, przypomina stare przesądy i jest resztką melancholii poczciwego żywota naszych dziadów”.
„Kawiarni!” — dopominało się w nim jakieś rozprzężenie wewnętrzne.
Poza olbrzymimi szybami narożnych wnętrz widniały jeno po ciemku fantastyczne rumowiska krzeseł na stolikach. I tam tlił się, gdzieś w kącie, tylko jeden płomyk gazowy, rzucając między te ruiny i na zgasłe, zmatowane lustra, tajemnicze żółte smugi. „Tiens! — Jelsky zatrzymał się bezwiednie. — W takich wnętrzach pokutować powinni samobójcy miejscy”. Popatrzał, podumał, laseczką w bruki podzwonił i poszedł dalej. — Tuż za rogiem ulicy, wparte w węgiel, zadrzemane i jakby przylepione do muru, czyhały maruderki nierządu. „Mors syphilitica” — przypomniało się skądciś Jelsky’emu i stanęły mu przed oczyma ludzkie kalectwa. — Na przedmieściach wyły bez przerwy świstawki fabryczne. Jelsky’emu zdawało się, że słyszy suchy, suchotniczy kaszel wyschłych, zapracowanych kobiet, rzucających obfite pomioty żółtych, wzdętych i rachitycznych dzieci, zalegających jak robactwo przedmiejskie zaułki.
„Kawiarni”!...
Odpiął kołnierzyk i schował go do kieszeni, nastawił natomiast kołnierz sakpalta, zsunął cylinder na czoło, wcisnął ręce do kieszeni. Rój czarnych, dokuczliwych myśli przepłaszał upartym nuceniem miłosnej piosenki: