Nietoperze ro-o-jem
Resztę krwi mej piją...
„Trzeba pisać sprawozdanie o Yvetce!”...
Ryk sygnałów fabrycznych zgłuszyły odległe, ponure grzmoty. Jelsky zmieszał melodię i zaśpiewał w takt tych łoskotów dalekich:
Et du fer pour travailler131...
„Ça ira, ira, ira132!”... — biły młoty parowe na przedmieściach.
Jelsky potknął się o coś białego. Podniósł z trotuaru wachlarz, obejrzał i powąchał go. „Lilas de perse fleuri133... Lubię!... której to z nich tak pachniały ramiona?... Zaś ona pachnie z gospodarska wodą kolońską, co przypomina bóle zębów, migreny, rekonwalescencje po cięższych wypadkach porodów... Dziwię się, jak mąż mógł to znosić!”
Słychać wreszcie pierwszego przechodnia. Zbliżają się jakieś ciężkie, brutalne kroki. Jelsky, machinalnym ruchem, chowa wachlarz za pazuchę... Nie mundur wszakże, ale ubranie cywilne, co wzbudza w Jelskym grymas niesmaku.
— Gdzie się paliło?
— Nie wiem — brzmi twardo wyniosła odpowiedź. Błysk oczu czujnych, podejrzliwych, i kroki oddalają się powoli.