— Chciałem cię tylko namówić, jak to co dzień czynię, abyśmy się pożenili bogato.
— Jestem codziennym i cierpliwym uchem twoich marzeń.
— Mamy długi, Müllerku, mamy przeraźliwe długi! — Jelsky rzucił się na fotel, wyprężył ramiona i ziewnął przeraźliwie. — To jest mego katzenjammeru148 zwrotka zwykle końcowa i najsmutniejsza... Aa! — ziewnął po raz drugi. — W ogóle jestem smutny; dość powiedzieć, że chcę pisać dramat... Uuch!... Jestem zmordowany... senny... Gdybym mógł obcować sam na sam z nieskończonością (w intymnym tête à tête149 bez dozoru teściowej ironii): jednym słowem, gdybym był współczesnym poetą, połknąłbym nawet nieskończoność... Świat bywa przeraźliwie nudnym tynglem... Uu! — jakże mnie strzyknęło w nodze!... Aktorzyska na scenie życiowej zmanierowały się doszczętnie i przestają już bawić... I ty, Müllerku, bywasz nudny z twym twórczym milczeniem... Co do mnie, lubię gadać pod wieczór, zanim zasnę; w przeciwnym razie gada we mnie melancholia... Zważ, proszę, że i wtedy coś gada, zawsze i ciągle gada... Sumienie bywa hałaśliwym młynem.
— Na małej wodzie — mruknął Müller.
— Trafiasz tym, jak w sedno, w genezę współczesnej twórczości poetyckiej... Mam dla siebie, prócz szacunku, i wyrozumiałość: ja wierszy nie piszę!
— Wiesz, Jelsky?... — Müller roześmiał się nagle i usiadł na łóżku. — Sądząc z wymowy i dowcipu, musiałeś dziś popełnić nie lada nikczemność. — Jelsky pochwycił poduszkę z kanapy i cisnął mu ją z rozmachem na głowę.
— Psycholog! — zaśmiał się w odpowiedzi.
Wnet potem nachmurzył się, szlifując uważnie paznokieć środkowego palca u lewej dłoni.
— Do diabła, trzeba na jutro rano przygotować artykuł o Yvecie... Mały, powiedz co o Yvecie! Podobała ci się Yvetta?... Ale jakże ta twoja biała rączka z loży? Ona się dopełniała z Yvetką w kontraście. Słuchaj, Müller, czy to dałoby się zużyć w sprawozdaniu — felietonowo niby?