— Można, wszystko można.

— Czy ci Yvetka nie przypominała kruka, a ta jej piosnka żerowego krakania nad padliną? Zaś ta twoja — sęp.

Müller zerwał się znowu i mówił szybko w nagłym gorączkowym podnieceniu:

— Ta woskowa lala szeleszcząca jedwabiem, białe ciało na plakaty mydeł toaletowych, trup z przepychem ubrany, flakon ekscytujących perfum, beczka do wlewania w nią szampana. To nie mówi wcale, uśmiecha się tylko jak automat za każdym dotknięciem. Widzisz: sęp-ścierwnik, z jego potwornym, ociężałym chłodem, z tą wstrętną sennością sytego ścierwem ptaka.

Jelsky jednym susem wyskoczył z fotelu i począł krążyć rezolutnie po pokoju.

— Chłop tylko w gorzałce smak znajduje. W takim spokoju jest bardzo coś!... Na to mrożą szampana... Ta Galatea pozwala ci być Pigmalionem... E, Müllerku, jesteś dziecinny!

— Jesky, porzućmy ten temacik, bo... bo ci lakierki opluję.

— Za własne grzechy?

— Jelsky?... — żachnął się, czy też jęknął Müller i, upadłszy na poduszki, odwrócił się tyłem od niego. Ale Jelsky wpadł nagle w doskonały humor: przysiadł się na brzeg łóżka, począł łechtać Müllera i kułakować żartobliwie:

— Dzieciuch!... Serdeczny!... Naiwny!... Jakeś ty się, chłopcze, uchował na tym świecie?... Müllerku, Müllerku, nie miętoś ty sumienia, bo gotóweś150 wygnieść wszystkie drożdże ze swego talentu.