— Poszedł precz!
— Bądź filozofem, poeto, i przyznaj, że bądź co bądź to są drożdże?
— Co?! Czego!?
— Sensacji, temperamentu, a więc i sztuki. Z własnego życia należy jak z filozofii wyciągnąć nieubłagane konsekwencje.
Müller usiadł na łóżku.
— Kokoty?! — krzyknął i zatrząsł się suchym zgrzytliwym śmiechem.
— Uch, jakiś ty trywialny! I śmiejesz się brzydko... A oczy ci świecą jak u wilka.
Zachłysnął się tym śmiechem Müller, począł kasłać i splunął wreszcie krwią w chustkę.
— Uch, jakiś ty — przekonywający!
Jelsky sięgnął po butelkę z lekarstwem.