— Niedługo...

Uporawszy się z kaszlem, padł Müller rękoma na oparcie łóżka, splótł je i przyległ na nie podbródkiem; gorączkowym spojrzeniem wpijał się w Jelsky’ego, wgryzał mu się w duszę, wlepiał w twarz łzawymi i zaczerwienionymi od kaszlu oczyma.

— Chcesz?... — szepnął przeciągle i dokończył wzrokiem swe pytanie. — Chcesz razem?... Chociażby zaraz?... Ja zawsze gotów...

Jelsky nie pojął od razu, zwrócił się jednak czujnie w stronę Müllera. Zdawało mu się, że od okna powiało w tej chwili chłodem, zwiastującym świt. Wstrząsnął się całym ciałem.

— Zaczynasz swoje? — rzekł. — Dawno nie było!... Już ci diabeł w wilcze ślepie wlazł?...

— A wiesz ty? — odbijał Müller cichym szeptem, wciskając podbródek w splecione na poręczy ramiona. — Wiesz? — Zgrzybiała kokota zwątpiła któregoś dnia o własnych wdziękach i przeraziła się swej brzydoty. Zmyła puder, szminkę, karmin i pod suchą zjejczałą skórą zarysy swej trupiej czaszki ujrzała! — My, dziatwa Apollina! — Hę?... To jest straszna klęska! Wielka klęska! — To się pomyśleć wprost nie da!... He, he, Jelsky — kochasz życie? Powiedz dowcip, Jelsky, zrób kalambur, rzuć paradoks! — He! — He! — He! — zatrząsł się i zabeczał ochryple jak stary kozioł. Na zakończenie prysnął w kułak sztucznym, forsownym, zgrzytliwym chichotem.

Jelsky’emu rzuciła się krew do głowy; dopadł go, schwycił za ramię i wciskał z całych sił w poduszkę.

— Zgrzyta, zgrzyta, zgrzyta grzech w tobie? — bełkotał gorączkowo. — Za bary wziął się grzech ze śmiercią... Twe sumienie nie jest gadatliwe; ryje jak kret po ciemnej duszy... Nie tyle przed grobem drżysz, ile przed tym, że weń samotny wstąpić musisz... Nie tyle rozpaczy się boisz, ile tej myśli, że w swych ciemnych nocach sam, zawsze sam jeden królować będziesz. „Czuj! Czuj, co się we mnie dzieje!” — tak twój strach wielkimi oczyma krzyczy. „Pójdź! Pójdź! Pójdź w tę ciemną noc moją, gdzie śmierć, diabeł i hetera sabat taneczny święcą”... Nie znosisz chłodu na cudzej twarzy, uśmiechu w cudzych oczach, pewności w ruchach nawet nie lubisz, nienawidzisz schludności w cudzym ubraniu: zgoła wszystkiego, co o jakim takim ładzie wewnętrznym mówi... Znam ja mowę twej nienawiści! Łasisz się wtedy i merdasz jak pies, jak wąż śliskim pochlebstwem oplatasz, jadowitymi wargami ślinisz i ruchliwym gada jęzorem szukasz, gdziebyś żądło mógł zapuścić...

Ścisnął go jeszcze mocniej za ramiona, uniósł nieco z łóżka i puścił, jak piłkę, o poduszki.

— Graj mi demona — wołał. — Graj! Wiem przecie: z tynglu wracasz, powlokłeś się z jakąś tam... Rozpusta ze łba dymi. Znam te ciemne drogi myśli, po których wałęsa się twa dusza bezwładna.