Müller zwinął się w kłębek na posłaniu i, zaciskając suche ręce, syczał uparcie:

— Jak ty życie kochasz! Jak ty życie ubóstwiasz! Bój się, człowieku, Boga, czym ty się będziesz w życiu oszukiwał? Talenciku nie masz, nie masz, nie masz!

— Idź szukaj swego po!... — Jelsky przeżuwał jakieś słowo, gryzł, zda się, w zębach, rozgniótł i wypluł wraz ze śliną na środek pokoju. — A jeśli mi jeszcze choć raz coś z twego czarnego repertuaru zagrasz, wyrzucę precz. Sczeźnij, gdzie chcesz.

— Taak?...

— Żebyś wiedział.

Müller powstał z łóżka, zapiął flegmatycznie tużurek i sięgnął po swą pelerynę.

— Wiesz — mówił, porając się flegmatycznie z rozdartą podszewką zarzutki — wiesz, co mnie w życiu najwięcej upokarza? Oto, że nie umiejąc zarabiać, potrafię się dostawać do egoistycznej kieszeni mych przyjaciół najpospolitszym wytrychem współczucia... Ile ja ciebie, Jelsky, kosztuję miesięcznie?

Jelsky podjął ze stołu niedawno odczytany rękopis i rzucił mu go pod nogi.

— Tyle tylko... Od czasu do czasu.

— Kochasz mnie, Jelsky? — Müller ze skupioną uwagą odgryzał przy tym szmat podszewki. — Wierzyłeś we mnie? Bardzo wierzyłeś? Pozwoliłeś na swym dziennikarstwie pasożytować talentowi? — Hę? — Aby spłacić ten dług lichwiarski zdradzie marzeń własnych... Bo przecież każdy człowiek jakiś mały procencik temu lichwiarzowi przez całe życie spłaca... I stała się rzecz śmieszna: przywiązałeś się, Jelsky, przywiązałeś się za to, że mogłeś przed kimś z siebie i ze świata drwić, a jednak w kogoś wierzyć, wierzyć mimo wszystko... Ten śmiech twój na gruzach wszelkiej wiary, ten otwarty cynizm w życiu i dziennikarstwie — wiesz Jelsky — to dziwnie szlachetna w tobie rzecz: to szczery głos duchowego bankructwa. Pan jesteś — czuję! — von Jelsky! Szlachcic polski!... Widzisz, bo są inni, którzy dla tychże przyczyn, dlatego że wiarę we wszystko już stracili, sami siebie z namaszczeniem traktują... A ty jednak... jednak wierzysz w coś. I dlaczego we mnie?!... Widzisz, to przywiązanie jest także słowiańskim szczątkiem w tobie, ale ta pozostałość pochodzi z pospolitszych owiec polskich: w braku kogo innego, przywiązałeś się do pruskiego wilka... A skąd ty wiesz, czy ja nie byłem polipem na resztkach twego talentu? Może ja ci połowę duszy wyssałem i we własnej dopiero uświadomiłem tę twoją połowę?!... A wiesz ty, że ludzie wrażliwi, chwiejni, a do życia się garnący, modlić się powinni co dzień: chroń mnie, Boże, od samotników, od osobowości silniejszych, bo wiarę w siebie utracę i zmarnieję. A tyś mnie przygarnął. He, he, he! Czemu drżysz, Jelsky?... Imponowałem ci? Przyznaj szczerze... Jak ty bledniesz! Jak ty okropnie bledniesz! — Imponowały ci ludzkie o mnie gawędy i wielkie pokładane we mnie nadzieje. A może imponowałem ci tym tylko, że byłem tak odmienny od ciebie. „Jeśli nie ja, więc taki — myślałeś. — On jest tym wybrańcem losu, pomazańcem kaprysu natury!” Jak tobie rączki drżą, Jelsky!... „On — myślałeś — dokona tego, czego mnie dokonać nie było sądzone. Ja ginę, niechże to wiem tylko, że fatum, co mnie życie zniszczyło, jest warte życia. Sztuka — hę, Jelsky? Sztu-ka, ta bądź co bądź ostatnia i jedyna nasza wiara... Jak to w tobie głęboko, głęboko siedziało! I jak naiwnie, jak niedołężnie wypowiadało się pod koniec. Przedwczoraj sprawiłeś mi parę spodni. He, he, he! — Jelsky! Dla sztuki? Co?... Jak twoje rączki cudownie drżą! I nóżki także!... Siądź, Jelsky, na krzesełku, proszę ciebie. Siądź i powiedz dowcip... Bo milczysz już za długo; wprost nieprzyzwoicie jak na dziennikarza.