W tym cały sztuki sens!...
«Lili, właź na stół!» «Lili, zaśpiewaj». «Lili, zdejm podwiązkę»... «Szampana!»... «Mord!»... «Mord i rabunek!»... «Skandaliczny romans księżniczki!»... «Śmierć głodowa!»... «Nekrolog poety». — Kupujcie! kupujcie! kupujcie!...
A teraz ty śpiewasz, Lili:
Spojrzyjcie tu! Spojrzyjcie tam!...
Spojrzyj ty, Lili, na ich twarze! Na te podłe, głucho bezmyślne i pijane uśmiechy, na to zwierzęce umęczenie w szeroko otwartych, zeszklonych oczach na białych jak kreda twarzach. Tyle jadowitego smutku jest w tej chwili błędnej, kiedy blask lamp gazowych ze świtem żółknie, blednie i zamiera. A kiedy nagle światło zgaszą, zda ci się przez chwilę, przez jedną krótką chwilę, że pośród trupów siedzisz.
A tam na krańcach miasta zawyją jak raniony potwór — sygnały fabryczne — —«
Lili odpycha mnie, pada w głąb kanapy i myśli, chmurzy się, głuchy wstręt w sobie przetrawia. »Boisz się, Lili, samej siebie?« Potakuje głową, prędko, gwałtownie: raz, drugi, trzeci... »No, Lili, Lili — dzieciaku ty!... Widzisz, my oboje, jak przez cyganów kradzione dzieci, na rozrywkę tłumu sztucznie hodowane; oboje w wielkim mieście zbłąkani«... Lili zrywa się i pada mi na szyję. »My oboje!« — woła i uwiesza się tak na mnie, jakby mnie wraz z sobą gdzieś w otchłań porwać chciała.
My oboje, Lili!...
i ten smutek wielkich miast rozpaczny;
i te surowe wrota zamkniętych o świcie kościołów;