Patrz! — Już mi strach upiorów o północnej godzinie oczy zaokrągla, twarz ściąga i ramiona pręży... słyszysz te szmery, szepty i stąpania wokół?
— Tu?!...
Coś echem się niesie, szmerem cichym się skrada.
— Czyś to ty?!...
Coś ze stołu spadło i echem wciąż jeszcze pada...
Słyszę, jak się tam miasto z dala burzy, słyszę świst głuchy i łoskot ciężki wzbierającej fali... Czy to brzęk złota czy wiatru o szyby dzwonienie?... Twójże to szept pieściwy czy przytłumione tłumu szemranie: „Dziś, dziś, dziś!”... Twejże to sukni szelest159, czy też Lili chichot pijany?...
— Kto woła?!...
Słyszę: stamtąd, z daleka — to oni — te trupy w imię sztuki — wyją pijani w kawiarni, a błazny po tynglach z nich się śmieją: he, he, he!
Patrz! — Oto lampa gaśnie. Już mnie ciemność grobowa płytą od świata oddzieliła. Ty się teraz mej woli oprzeć nie możesz!... Nie widzę, nie słyszę, nie czuję nic! Tobą być chcę, ciałem i krwią Twoją i duchem Twym — woli twej objawieniem!...
Ty po grząskich bagniskach nad życia zgnilizną, ponad próchnicą zgliszczy błądzący, biały, wiewny, święty duchu...