— Spłyń!...
...już cichą, ciepłą słoneczność kobiecej dobroci czuję, z chłodu twych dłoni odkupienie biorę. W mych lepszych uczuć agonii ostatnim przebłysku!
Już zapach włosów Twoich czuję, już puchowe dotknięcie ramion Twoich wskroś ciało me przenika. W kochania mego szale przedśmiertnym!
Przyjdź wiewem, zjaw się cieniem, powstań upiorem.
— Choodź!...
Patrz — ja wskrzeszam w myśli moc wielką, bo wszystkich grzechów moich jawę i świadectwo!... W trumnie ciało me niebawem legnie, a ty tej grobowej skrzyni pokutnym wiekiem będziesz, jeśli się nie zjawisz! Ja cię tym strasznym przekleństwem do nóg mych przykuję.
— Jaw się i stań!...
I słyszę — szloch... Twój, Zochna, płacz rozpaczny!... Czego?... Czego ty tam płaczesz w tej chwili?... Kogo szukasz?... W tym blasku lampy czerwonym... Upadniesz, upadniesz z lampą!... Chryste, ona się zapali!...
I te ciszy grobowej głuche dudnienie słyszę, godzin ciężki, ołowiany chód, tych godzin najbliższych, co się po klęsce pogrzebowym krokiem wloką.
Słyszę: — padł strzał! — Szum skrzydeł mu nie zawtórował... Widzę: — osadził się ptak na gałęzi, chwieje się, lecz nie spada. Osunął się: bije ciałem po gałęziach, liście strąca, skrzydłami łopoce, czepia się... znów się stacza, pada, bije — wyrżnął o ziemię i krwawi! Dyszy... Znów się porywa: tuż, tuż ponad ziemią jak kula sunie, czołga, wzbija się; znów pada, na wznak się wali i skrzydła kurczowo pręży. Dyszy. Pławi się we własnej posoce.