Ave-Maria-gratias-plena160!
Na dachach domów sąsiednich kładł się szronem biały świt...
Po kilku godzinach zbudzono go natarczywym kołataniem we drzwi. Popołudniowe słońce w pokoju powitał Jelsky grymasem i zwlókł się ciężko z łóżka. Nie spieszył się jednak z otworzeniem drzwi. „Korekta, artykuły, sprawy bieżące” — dudniało mu w uszach natrętnie. — „Dajże się ubrać! — krzyknął niecierpliwie. — Siądź sobie pode drzwiami, zdrzemnij się albo zdechnij — co wolisz... Możesz również obejść wszystkich czytelników i powiedzieć, że pan Jelsky prosi uprzejmie o pocałowanie w ucho... No, co powiesz, przedstawicielu najbierniejszej na świecie profesji?”...
— Jestem posłaniec.
— Toż widzę, durniu!
— I starszy człowiek jestem — wnuków mam takich... I Polak, panie.
Jelsky wyrwał mu niecierpliwie list z ręki. Rozrywając kopertę, łagodził po niemiecku:
— Rodak pali? Niechże rodak weźmie sobie cygaro — tam, z pudełka.
„Szanowny panie” — czytał. — Hm? Zosia Borowska.. — Oczywiście!... „czy człowiek, czy potwór”... Mocne! „nikczemna...” Po co ty się nad sobą znęcasz?... „topić”... Rozumie się! — „...źli tu ludzie, źli, źli”. — Taak!... „I łez już nie stało”. Wierzę!