Jelsky marszczył się.
— Rodak wziął już cygaro?... No, to niechże rodak idzie sobie precz. I niech wstąpi po drodze do redakcji uprzedzić, że jestem chory i nie przyjdę dziś... Niech powie również, że jestem niespokojny o zdrowie i pomyślność pana redaktora, ponieważ dzisiejszej nocy zjawił mi się w gorączce szatan. Streszczam się: mam katzenjammer życiowy w połączeniu z febrą i bólem głowy; do redakcji nie przyjdę. Żegnam.
Posłaniec śmiał się i dławił swym cygarem. Spojrzawszy jednak na bladą, zimną, prawie surową twarz Jelsky’ego, spoważniał natychmiast i cofnął się ku drzwiom.
— Jeżeli rodak odczuwa potrzebę obełgania tragizmem swych kolei życiowych i wyłudzenia wsparcia, będę nad wieczorem w kawiarni Muzeum. Niech będzie pochwalony! — rzucił na pożegnanie po polsku.
— Na wieki wieków — brzmiała odpowiedź.
Posłaniec, biegnąc po trotuarach zwykłym truchtem łazęgi, kiwał siwą głową i mruczał: „Tego musi coś szarpać za one dudy — za nerwy — hę? Ten coś knuje. Coś... coś... we łbie tym warzy. Z gęby diabeł się śmieje, a w oczach śmierć się strachem zżyma. Człowiekowi takiemu nie mów, co pół świata zeszedł, taki ma na to oczy, czego i przez polową lunetę nie dojrzy. Widziało się i to! Bywają tacy ludzie, co z nimi kilka słów zagadasz, a on ci potem z głowy wyjść nie chce. I będzie ci się naprzykrzał pamięci, będzie nękał, będzie ci trapił duszę, jakby o Zdrowaś Maria prosił”. Stary zboczył w poprzecznicę, aby mieć przyjemność kornego zdjęcia czapki przed kościołem.
Jelsky tymczasem chmurzył się dalej nad listem.
„Dobrzy ludzie”... Hm!... Hm!... I tak dalej... „topić”.... Da capo161!... „Świat się na mnie zwalił”. — Przesadne! — „Myślę, że tam na świecie słońce już dziś wcale nie wzeszło”... To jest kapitalne w naiwnej ekspresji!... „Niech panu Pan Bóg”... — i tak dalej... „Ja bo nie umiem...” — Ślady łez na papierze!... „ale na litość Boską, niech pan mną nie pogardza”...
Jelsky uderzył się po kolanach.