— Kobieta! — krzyknął. — Kobieta! Sacré nom de nom162 — kobieta!

Sukienki już spakowałam”... Sukienki są w tym wszystkim, jak na mój smak, drobiażdżkiem ogromnie rzewnym — „i czekam spełnienia pańskiej obietnicy”... Co ja jej, do diabła, obiecać mogłem?!... „Piekarza, gdy dzwonił z rana”... i tak dalej. — „Boję się wszystkiego — drżę ciągle”... — „Kanarek w klatce już nawet nie śpiewa”... Śpiewa?! — zlitujże się, kanarek wrzeszczy, nie śpiewa. — „...nie śpiewa, i ciągle tylko na mnie patrzy. A ja już z tego tylko ustawicznie płakać muszę”... Za dużo wilgoci! — „i plotek także bardzo się boję”. Rozumie się!... — „Klucz od zatrzasku przesyłam”. Oczywiście! — Signum manu propria163: „podła! podła! podła! — Zosia Borowska.” — Zosia! — nawet we własnych myślach Zosia!

— Taak!... — Jelsky wypuścił cały zapas tchu z piersi. „A wiesz ty, mały ptaku, że ty byś mogła wziąć każdego, żeby chociaż.... choć przed rokiem!”...

Post scriptum”. No jakże? — Post scriptum być przecie musi. — „Śnił mi się pan Müller całą noc. Czy miał krwotok? I że mnie przeklinał”.

Tu Jelsky poczerwieniał nagle i zerwał gwałtownie cwikier. „Więc i ona go widziała?!” Począł wielkimi krokami chodzić po pokoju. Sięgnął na chwilę po rękopis Müllera, lecz odrzucił go niebawem.

„Do diabła — wołał — w tych »nowych blagach« jest coś więcej niż rozkoszny dreszcz dla histeryczek!” I znowu stanął mu przed oczyma pamiętnik Müllera, to niezrozumiałe, niepokojące wpisanie się jego w jakieś wyczucia tego, co się w tej chwili w drugim końcu miasta działo, wreszcie jego własne widzenie potem — jej znowuż list i trwoga... „Czy ja tu czasem nie tylko z Müllerem walczę, nie tylko z nią, nie tylko z sobą? Czy tu czasami nie wkradło się już coś?”... Równocześnie prawie przyniósł kaprys myśli:

Habe die Sonne nicht zu lieb...

Komm, folge mir In das dunkle Reich hinab164...

Chodził po pokoju twardym krokiem, chmurzył się, gestykulował do swych myśli. „Trzeba poprawić inteligencję koniakiem” — zdecydował po chwili. Niebawem mówił już do siebie spokojnie, prawie głośno, rozkoszując się jakby swych myśli swobodą.

— Tak, na to wszystko można, a nawet należy patrzeć z olimpijską ignorancją człowieka nauki, ale na to trzeba być profesorem fizjologii oraz radcą dworu. Ja zaś jestem dziennikarzem, więc głos powołania błaga, prosi, żebrze natrętnie, aby puścić na miasto jakąś Katie King165 w postaci arcydzikiej kaczki166. Swojskie gęsi podniosą gwałt, młodzież uniwersytecka się rozentuzjazmuje, literaci ogłoszą bankructwo nauki i — profesor fizjologii będzie się śmiał! — Źle mówię: „on!” się tylko ponad brodą uśmiechnie, ale za to oni: ci mniejsi, malutcy i wcale niewidoczni roześmieją się po świecie srebrną gamą, nie tyle nad moją kaczką, ile nad głupotą ludzi, którym nie wystarcza katedra uniwersytecka wraz ze wszystkim, co się na niej mieści. Im głuchszy zakątek, tym głębszym basem roześmieje się aptekarz, tym większy tryumf będzie święciła nauka!